TYP: a1

Zupa z dyni i zwycięstwo pod Lepanto

środa, 23 października 2013
MZ
Na maszty wszystkich okrętów wciągnięto krucyfiksy. Don Juan de Austria w błyszczącej zbroi ukląkł na pokładzie flagowego „Reala”. Powiewał nad nim papieski sztandar z wizerunkiem Ukrzyżowanego. Do uszu Miquela de Cervantesa, który zmorzony gorączką leżał w koi pod pokładem okrętu „Marques”, dobiegł dźwięk trąbek i basowe dudnienie bębnów wybijających bojowy rytm. Zwlókł się z posłania i ruszył, by objąć dowództwo nad oddziałem powierzonych mu żołnierzy.

W tym samym czasie we flocie muzułmańskiej zaczęto intonować wersety z Koranu, podniesiono zielony sztandar Proroka i uderzono w czynele.

Był ciepły jesienny poranek 7 października 1571 roku. U wejścia do Zatoki Patraskiej i cieśnin wiodących do Lepanto spotkały się największe armady ówczesnego świata, by stoczyć bój, który miał zadecydować o panowaniu na Morzu Śródziemnym.

Admirał Ali Pasza z niepokojem spoglądał w stronę nieprzyjaciela. Doniesienia szpiegów nie potwierdziły się. Niewierni wystawili o wiele potężniejszą flotyllę niż ta, o której go informowano. Jednak rozkazy płynące ze Stambułu były wyraźne – wycofanie się pod ochronę baterii w Lepanto nie wchodziło w rachubę. Nakazał formowanie szyku bojowego, otomańskie galery ustawiały się tworząc kształt półksiężyca. Okręty spod znaku Świętej Ligi płynęły w jednej linii. W środku formacji królował potężny „Real”. Po wodzie toczył się odgłos werbli wyznaczający rytm wioślarzom. Cztery ogromne weneckie galeasy uzbrojone w działa pierwsze uderzyły na Turków. Oddana z niewielkiej odległości salwa spowodowała, że trzy wrogie galery po prostu się rozleciały. W szeregi muzułmańskie wdarł się chaos. Gęsty prochowy dym przysłonił pole walki, widać było jedynie błyski ognia, którym wtórował huk armat.

Cervantes, stojący na czele uformowanego oddziału arkebuzerów, próbował coś dostrzec przed sobą. Zobaczył wyłaniający się dziób tureckiej galery, uzbrojony w ostrogę mającą przebijać burty nieprzyjaciela. Na okrętach Ligi zrezygnowano z nich, uzyskując dzięki temu dobre pole ostrzału. Artylerzyści hiszpańscy przytknęli żarzące się lonty do otworów zapałowych. „Marques” plunął ogniem. Żeliwne pociski roztrzaskały turecki okręt. Jednak gdy mocniejszy powiew wiatru na chwilę rozgonił spowijające pole bitwy dymy, pojawiła się kolejna muzułmańska galera. Nie wystarczało czasu aby działa przeładować. Potężne uderzenie zachwiało okrętem, słychać było trzask pękającego drewna. Wrogi okręt niszcząc dziób „Marquesa” i rozrywając klepki poszycia, wbijał się w głąb hiszpańskiej galery. Turcy ruszyli do abordażu. Odział dowodzony przez Cervantesa wystrzelił w ich kierunku z arkebuzów, po czym ruszył uzbrojony w piki i rapiery. Rozpoczęła się krwawa i bezlitosna walka wręcz. Pokład był śliski od krwi. Udało się odeprzeć natarcie. Muzułmanie zostali zepchnięci do obrony, jednak jeden starzał trafił Miquela. Poczuł uderzenie w pierś, zachwiał się, mimo to utrzymał się na nogach. W tej chwili druga kula przebiła napierśnik, ugięły się pod nim kolana. Ostatnia rzecz jaką zauważył, to wznosząca się nad nim ręka uzbrojona w buzdygan. Osłonił się mieczem, jednak wraża broń przebiła się przez tę osłabioną ochronę i ześlizgując się po klindze uderzyła w lewą rękę całkowicie pozbawiając ją czucia. Tracił przytomność. - Ciemność widzę, ciemność – to ostatnia myśl, jaka mu przemknęła, gdy osuwał się na deski pokładu.

W tym czasie nadal trwała coraz bardziej chaotyczna i jednocześnie zażarta walka między okrętami otomańskimi a jednostkami zjednoczonymi pod sztandarami Świętej Ligi. Szala zwycięstwa przechylała się raz na jedną, raz na drugą stronę. Na niektórych jednostkach tureckich skończył się proch, zabrakło strzał dla łuczników. Jednak zażarci bojownicy zaczęli sięgać po inną broń i, z braku czego innego, obrzucali chrześcijańskie załogi pomarańczami i cytrynami. Początkowo śmiano się z tego, lecz po jakimś czasie Hiszpanie ze swych ładowni wydobyli dynie - były twardsze od pomarańczy, miały twarde skorupy i czyniły spore spustoszenie.

Dzień miał się ku końcowi, na wodach unosiły się wraki rozbitych galer, gdzieniegdzie płonęły pozbawione żagli kadłuby, ilość zwłok zanurzonych w morzu była tak wielka, że uniemożliwiała poruszanie się chrześcijańskich okrętów.

Miguel de Cervantes powoli odzyskiwał przytomność. Pierwsze co zobaczył, to była siostra zakonna, pochylona nad nim, próbująca nakarmić go ciepłą zupą z dyni. Przełknął pierwsza łyżkę podanej strawy, potem następną i kolejną. Poczuł jak wracają mu siły.

Zwycięstwo połączonych flot Wenecji, Papiestwa i Hiszpanii nad armadą Imperium Otomańskiego na trwałe wpisało się w dzieje największych bitew morskich. Artyści poświęcali temu wydarzeniu strofy poematów, malarze tworzyli arcydzieła. Cervantes, jeden z uczestników tej słynnej bitwy, nigdy nie odzyskał władzy w lewej ręce. Na szczęście prawa pozostała władna, dzięki temu mógł w latach późniejszych napisać nieśmiertelne dzieło „Don Kichote czyli przemyślny szlachcic z Manczy". Do końca życia jednak wspominał smak owej zupy z dyni, której po raz pierwszy skosztował w okrętowym lazarecie.

Zupa z dyni

Dynię pozbawioną nasion i obraną ze skórki kroimy na kawałki, cebulę siekamy, obieramy jednego lub dwa ziemniaki i również kroimy w kostkę. Na patelni rozgrzewamy oliwę lub olej, podsmażamy cebulę, dodajemy kawałki dyni i ziemniaka oraz pokrojoną marchewkę. Smażymy do momentu aż całkowicie zmiękną. W garnku gotujemy wywar z włoszczyzny (może być z kostki). Zawartość patelni wrzucamy do wywaru, gotujemy przez około dwadzieścia minut. Miksujemy, przyprawiamy solą, pieprzem i kminkiem, można dodać trochę ostrej papryki dla wyostrzenia smaku. Gotujemy przez następne kilka minut, zaprawiamy łyżką śmietany. Zamiast śmietany dobry efekt możemy uzyskać rozpuszczając w zupie serek topiony.

TYP: a3
0 0
Komentarze