TYP: a1

Brawurowa ucieczka rosyjskiego szpiega? Afera z białuchą

wtorek, 7 maja 2019
Monika Frenkiel

Kilka dni temu w Norwegii sensację wywołało pewne morskie stworzenie. I wcale nie chodzi o groźnego stwora rodem ze „Szczęk”, ale o sympatyczną białuchę, która próbowała zaprzyjaźnić się z załogą kutra rybackiego pływającego w wodach północnej Norwegii, u wybrzeży wyspy Ingoya. Zapytacie, o co całe to halo?   Ano o to, że miły ssak miał na sobie uprząż.

 

Dezerterka?

Rybacy kutra, którym zainteresowała się białucha początkowo myśleli, że to coś, co zwierzę ma na sobie to śmieć. Gdy okazało się, że może być to uprząż, a białucha nie bała się ludzi znalazł się ochotnik, który postanowił tajemnicze ustrojstwo z niej zdjąć. I tu wybuchła sensacja. Biolog morski, profesor Audun Rikardsen, powiedział w rozmowie z norweską telewizją, że białucha miała na sobie uprząż umożliwiającą przytwierdzenie kamery sportowej, choć samej kamery nie było. Na zapięciu uprzęży znajdował się napis po angielsku "Equipment St. Petersburg". Podejrzewając, że ssak może pochodzić z Rosji, Rikardsen skonsultował się z rosyjską koleżanką po fachu. Miała mu powiedzieć, że z takich uprzęży nie korzystają rosyjscy badacze morscy. Powiedziała natomiast, że wie, iż marynarka wojenna od kilku lat chwyta białuchy i je szkoli.

Natychmiast wysnuto teorię, że zwierzę jest uciekinierem z rosyjskiej floty. Rosjanie kilkaset kilometrów dalej na wschód, na półwyspie Kola mają swoje bazy i nie jest tajemnicą, że znajduje się tam także ośrodek szkoleniowy dla zwierząt.

[t][/t] [s]Fot. Jørgen Ree Wiig/Norwegian Direcorate of Fisheries Sea Surveillance Unit[/s]

Do czego Rosjanom zwierzęta?

Rosyjski ośrodek szkoleniowy nie jest specjalną tajemnicą, jak ktoś dobrze poszuka to znajdzie nawet w sieci poświęcony mu, zrobiony w 2018 roku materiał telewizyjny. Na materiale co prawda widać fokę, ale ta, podczas poszukiwania i oznaczania obiektów na morskim dnie ma na sobie uprząż podobną do tej, którą miała na sobie spotkana przez Norwegów białucha. A białuchy, czyli ssaki z rodziny narwalowatych, żyjące w arktycznych wodach, mogą w tych rejonach zastąpić delfiny, zazwyczaj trenowane do wojskowych misji. Delfiny są inteligentne i sprawnie poruszają się w wodzie a białuchy nie ustępują im pod tym względem (potrafią nurkować na 700 metrów i mają wyczulony zmysł echolokacji) i mogą z powodzeniem być wykorzystywane do odnajdywania obiektów w wodzie i na dnie. Na przykład min, nurków czy urządzeń szpiegowskich. Po z nalezieniu obiektu takie zwierzę oznacza je, żeby było łatwe do znalezienia przez ludzi.

 

Delfiny w US Navy

Tresowanie rozmaitych zwierząt morskich do celów militarnych nie jest żadną nowością. Proceder zaczęli w latach 60. ub. wieku Amerykanie. Ponieważ program był utajniony, w eter poszły rozmaite fantastyczne teorie a prasa rozpisywała się o delfinach- kamikadze czy płetwiastych agentach, które do statków przymocowują urządzenia szpiegowskie. Według dokumentów US Navy, zwierzęta szkolono do wykrywania, oznaczania i przenoszenia różnych przedmiotów. Na przykład patrolowania ważnych bazy morskich, pilnując ich przed płetwonurkami-dywersantami. Miały też wykrywać miny i pułapki zostawione przez tychże dywersantów. Wykorzystywano je też do przenoszenia narzędzi i na przykład wiadomości oraz do pomocy przy wydobywaniu cennych przedmiotów z dna. Amerykanie zaprzeczają natomiast, żeby delfiny szkolono do jakiejkolwiek formy ataku na ludzi. Bynajmniej nie z powodów etycznych, choć to dobrze pijarowo brzmi. Chodziło jednak o to, że zwierzęta nie mają tak niezbędnej w czasach wojennych orientacji, kto jest swoim, a kto wrogiem. Tresowane do atakowania nurków równie dobrze mogłyby więc zaatakować nurka amerykańskiego. Podobnie rzecz się miała z przenoszeniem ładunków wybuchowych. Ciekawostką jest to, że delfiny pilnowały na przykład portów w Wietnamie Południowym podczas wojny w Wietnamie w latach 60. i 70. Pilnowały też portu w Bahrajnie w latach  80., podczas konfliktu z Iranem na Zatoce Perskiej.

 

Rosjanie też

Oczywiście, skoro Amerykanie pracowali nad wykorzystaniem zwierząt do celów militarnych, Rosjanie nie mogli być gorsi, choć ci wykorzystywali jeszcze foki a swój program mieli rozpocząć nawet wcześniej, w czasach II wojny. Materiały na ten temat opublikowało CIA – wynika z nich, że główna baza szkoleniowa dla zwierząt znajdowała się w jednej z zatok obok Sewastopola.

Problem był tylko taki,  że rosyjska armia wiedziała niewiele na temat tresury delfinów i opieki nad nimi. Łapiąc i transportując delfiny Rosjanie często je ranili, nie potrafili ich leczyć. Według CIA w latach 70. z kilkunastu łapanych za jednym razem butlonosów więcej niż dwa tygodnie w niewoli przeżywało kilka.

ZSRR teoretycznie szkoliło zwierzęta do podobnych zadań co Amerykanie, jednak znacznie później, już po upadku sowieckiego kolosa, uczestnicy programu potwierdzali, że eksperymentowano z uzbrajaniem zwierząt. Na nosach delfinów montowano specjalne opaski z zamontowanymi narzędziami, wśród których miały być harpuny i małe ładunki wybuchowe. Zwierzęta miały być szkolone do atakowania nurków i misji samobójczych przeciw wrogim okrętom. W radzieckim programie delfiny tresowano w bestialski sposób, przy pomocy kar fizycznych, głodzenia i pozbawiania towarzystwa innych delfinów. Oczywiście Amerykanie twierdzą, że stosowali jedynie pozytywną tresurę opartą o nagrody. Acha.

 

I co dalej?

Dziś program szkoleniowy zwierząt morskich – delfinów i lwów morskich – jest jednym z działań w US Navy, a szkolenia odbywają się w San Diego w Kalifornii. Natomiast po rozpadzie ZSRR główne centrum szkoleniowe morskich ssaków pod Sewastopolem przeszło w ręce ukraińskie, program został zlikwidowany z powodów finansowych, a zwierzęta robiły za atrakcję turystyczną albo zostały rozprzedane do oceanariów na całym świecie. W 2000 roku resztki miano sprzedać do Iranu, oficjalnie do oceanarium, ale możliwe także, że do celów wojskowych. Ukraina w 2012 roku podjęła próbę wskrzeszenia programu, a dwa lata później Rosjanie zajęli Krym i przejęła zarówno ośrodek, jak i zwierzęta. Ich tresura ma się odbywać także w Murmańsku.

 

A co z naszą białuchą?

Podobno ucieczki zwierząt z centrów szkoleniowych nie są rzadkością – samce na przykład oddalały się, żeby poszukać samic, a potem wracały. Jednak Rosjanie stanowczo zaprzeczyli, że znaleziona białucha jest uciekinierem z Murmańska. Wiktor Baraniec w wypowiedzi dla jednej ze stacji radiowych w Rosji stwierdził - „Naprawdę myślicie, że gdybyśmy wykorzystywali to zwierzę do szpiegowania, przyczepilibyśmy do niego numer telefonu komórkowego z adnotacją: proszę, zadzwońcie na ten numer?”. Przyznał natomiast, że Rosjanie dysponują delfinami szkolonymi do zadań bojowych i że wcale tego nie ukrywają. Powiedział, że w Sewastopolu na Krymie mają ośrodek, w którym delfiny są szkolone do wykonywania różnych zadań, m.in. przytwierdzania ładunków wybuchowych do kadłubów obcych statków, a także zabijania obcych nurków.

Znaleziona przez norweskich rybaków białucha najwyraźniej nie chciała wracać do domu, gdziekolwiek by on nie był i wciąż trzyma się wybrzeża Hammerfest. Norweskie władze nie postanowiły jeszcze, co z nią zrobić. Brana jest pod uwagę możliwość przesiedlenia zwierzęcia do rezerwatu w Islandii. Zdaniem autorów tej propozycji tam ssak będzie miał więcej szans na przetrwanie.

Na razie Norwegowie na punkcie sympatycznej białuchy oszaleli – w mediach ogłoszono nawet konkurs na jej imię. W którym udział wzięło 25 tys. Ludzi. Ostatecznie wygrał „Hvaldimir”, zlepka norweskiego słowa oznaczającego wieloryba i imienia Władimira Putina.

 

 

 

 

 

 

 

 

Tagi: białucha, szpieg, delfiny, marynarka wojenna
TYP: a3
0 0
Komentarze
TYP: a2

Kalendarium: 19 July

Wyruszyła śladem swojej poprzedniczki z 1957 r. (tratwa Nord) - tratwa "Nord-bis" z Kapitanem Andrzejem Urbańczykiem i zmieniającą się po drodze załogą. Po dotarciu do Gotlandii i 25 dniach żeglugi tratwa powróciła do Gdańska.
środa, 19 lipca 2006
W Gdyni rozpoczął się kolejny zlot żaglowców The Cutty Sark Tall Ship's Race.
sobota, 19 lipca 2003
Z przystani AKM w Gdańsku wyruszył niewielki (niecałe 8 m długości) jacht "Probus" z Kapitanem Jerzym Cołojewem z dwoma przyjaciółmi w rejs na Szetlandy, Wyspy Owcze; mały jacht powrócił do domu, po przebyciu około 2500 Mm w ciągu 777 godzin.
poniedziałek, 19 lipca 1971
Opuściło Świnoujście "Roztocze" z Kpt. Ziemowitem Barańskim, wychodząc w zakończony powodzeniem rejs na Wyspy Owcze.
poniedziałek, 19 lipca 1971