TYP: a1

Lewanty

poniedziałek, 8 października 2018
Anna Ciężadło

Co łączy Szczecin, Ojców, Grudziądz, Jasło i Nową Hutę? Wszystko to są nazwy geograficzne… oraz imiona statków. Nie były to jednak byle jakie statki, ale tak zwane lewanty - a ich historia doskonale obrazuje zawiłe dzieje naszego kraju.


„Na wschód - tam musi być jakaś cywilizacja”
Wszystko zaczęło się jeszcze przed II wojną światową - w okresie, kiedy nasz kraj po dłuższej nieobecności wracał na arenę; i to z przytupem. Wówczas to uruchomiono nową linię polskich drobnicowców, pływających na Bliski Wschód oraz w rejon Morza Czarnego i Czerwonego.  Jednym słowem - do lewantu, od włoskiego levante, czyli „wschód”.
Faktem jest, że tak zwana „linia lewantyńska” początkowo prezentowała się dość skromnie, tworzyły ją bowiem dwa motorowce: „Lewant” i „Lechistan” oraz parowiec „Sarmacja”. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że dopiero odzyskiwaliśmy jaką taką stabilność gospodarczą, trzy jednostki to i tak było sporo - tym bardziej, że linia lewantyńska okazała się być jedną z najbardziej dochodowych i stabilnych w dziejach Polskiej Marynarki Handlowej. 
Idąc za ciosem, Żegluga Polska zamówiła dwie kolejne jednostki, które miały zostać zbudowane w Belgii. Niestety, Niemcy mieli już wówczas inne plany dla Europy. Kiedy w 1940 roku zajęli Belgię, ukradli również nasze niedokończone okręty, tkwiące jeszcze w tamtejszych stoczniach. Skutkiem tego, jednostki zyskały zupełnie inną niż handlowa funkcję oraz urocze nazwy: „Gustaw Nachtigal” oraz „Hermann von Wissmann”.

 

PRL
Na początku lat ’50 władze zdecydowały o reaktywacji linii lewantyńskiej; „Lewant” oraz „Lechistan” szczęśliwie przetrwały wojnę, więc jakiś punkt zaczepienia już mieliśmy. Zadecydowano też, że powstanie kolejnych pięć jednostek - które, nawiasem mówiąc,  były pierwszymi polskimi motorowcami, zbudowanymi całkowicie w polskich stoczniach (chociaż na podstawie belgijskich, jeszcze przedwojennych planów). 
I tutaj wmieszała się jednak wielka polityka - dwie spośród wspomnianych jednostek, „Gdynia” oraz „Szczecin”, zostały jeszcze w trakcie budowy przekazane do Związku Radzieckiego i ostatecznie przemianowane na „Stavropol” i „Taganrog”. Pod polską banderą pozostały jedynie trzy nowe statki: „Nowa Huta”, „Łódź” (przemianowana na „Kopernika”) oraz „Gdańsk”. 
Mimo to, linia przynosiła bardzo konkretne zyski, więc na przełomie lat ’50 i ’60 zadecydowano o stworzeniu trzeciej generacji lewantów, nazywanej „linią O” - ponieważ wszystkie jednostki wchodzące w jej skład otrzymały imiona polskich miejscowości rozpoczynających się na tę literę: „Oliwa”, „Orłowo”, „Ojców” „Olkusz” i „Orneta”. 
Nieco później powstała kolejna linia - tym razem nazwana na literę G - „Grudziądz”, „Głogów”  oraz „Gorlice”.  Pod koniec lat ’60 do ekipy dołączyły, tym razem zbudowane w stoczniach duńskich, jednostki z serii S: „Słupsk”, „Sopot”, „Sanok”, „Sandomierz” oraz wyróżniający się na ich tle zarówno budową, jak i pierwszą literą nazwy - „Jasło”.
A potem było już z górki - w latach ’70 w szczecińskiej stoczni powstała czwarta generacja lewantów. Tym razem nie silono się już na konkretną literę alfabetu, jednak trend mianowania statków od nazw miejscowości został utrzymany - w tamtym okresie powstały bowiem: „Radzionków” „Garwolin”, „Ostrołęka”, „Wieliczka”, „Bochnia”, „Chełm”, „Siemiatycze” oraz „Skoczów”.


Pamiątki…
Jak widać, niegdyś mieliśmy rozmach - i to pomimo tego, że czasy były, delikatnie mówiąc, niewesołe. Współcześnie linia lewantyńska nie istnieje, a statki, jakie wchodziły w jej skład, poszły albo na przysłowiowe żyletki, albo - jeśli miały więcej szczęścia - zostały sprzedane rozmaitym egzotycznym armatorom. 
Po lewantach pozostały jednak intrygujące pamiątki - a mianowicie kotwice. Co w tym dziwnego? Teoretycznie nic - poza faktem, że są to kotwice ustawione w miastach, delikatnie mówiąc, nie mogących poszczycić się specjalnie bogatymi morskimi tradycjami.  
Przykładem takiego stanu rzeczy jest Jasło; miasto, które nijak dostępu do morza nie posiada, a mimo to, na honorowym miejscu stoi tam kotwica - pochodząca, rzecz jasna, z drobnicowca MS Jasło. Podobnie sprawa wygląda w Gorlicach - tu statek, noszący to samo imię, doczekał się nawet niewielkiego pomnika, umieszczonego na ścianie budynku przy ul. Jagiełły. Przed budynkiem znajduje się mały skwerek, a na nim spoczywa… a jakże, kotwica. Rzecz jasna, pochodząca z MS Gorlice. Jeszcze dalej poszedł Sanok, który upamiętnił wodowanie statku nazwanego swoim imieniem aż dwiema kotwicami, ustawionymi na specjalnym postumencie.
Jak widać, lokalizacja z dala od wielkiej wody zupełnie nie przeszkadza podtrzymywaniu ciekawych, morskich historii. A może znacie więcej przykładów miast, posiadających tego rodzaju pamiątki? Chętnie dowiemy się czegoś na ich temat. 

 

 

Tagi: statek, lewanty
TYP: a3
0 0
Komentarze
TYP: a2

Kalendarium: 20 października

Z Southampton w rejs dookoła świata ze wschodu na zachód wystartował Chay Blyth na "British Steel"; po 292. dniach rejsu i opłynięciu Przylądka Horn ze wschodu na zachód, Blyth 6 sierpnia 1971 roku powrócił do Anglii.
wtorek, 20 października 1970
Odbyło się pierwsze po II wojnie zebranie Ligi Morskiej.
piątek, 20 października 1944
Zwodowano jacht "Farys" dla Erwina Webera, pierwszego polskiego żeglarza samotnika.
niedziela, 20 października 1935