TYP: a1

Ale urwał! Cumowanie w porcie: dziobem, rufą, na oczach gawiedzi

wtorek, 12 kwietnia 2016
Anna Ciężadło
Istnieje całkiem sporo stylów cumowania – między innymi: spektakularny, nerwowy, kosztowny, rozpaczliwy oraz... skuteczny (rzadko spotkany). Cumowanie, podobnie, jak podchodzenie do lądowania, jest jednym z najbardziej newralgicznych etapów rejsu, zaś bezlitosne statystyki wskazują, że większość przykrych wypadków zdarza się właśnie w ciągu tych kilku minut (w porywach do kilkudziesięciu, jeśli nam słabo idzie). Przyjrzyjmy się zatem, jak wygląda procedura cumowania na ulubionym akwenie rodzimych wodniaków-szuwarków, czyli na Mazurach.

cumowanie


Dziobem, rufą, burtą?

Jak najlepiej jest cumować? Jak się da, a trzeba przyznać, że rzadko mamy w tej kwestii jakiś wybór. Porty mają ograniczoną pojemność, przez co zmuszeni jesteśmy oszczędzać miejsce – zupełnie, jak na parkingu w takim, na przykład, Krakowie. Oczywiście, pan parkingowy byłby najszczęśliwszy, gdybyśmy parkowali piętrowo (w końcu historie o legendarnej pogardzie krakusów dla mamony skądś się wzięły). Cumowanie odbywa się więc najczęściej dziobem lub rufą – niezmiernie rzadko udaje się zaparkować burtą, a jeśli już, to można się spodziewać, że zaraz przyczłapie pan bosman (obowiązkowo zarośnięty i w przepoconym podkoszulku) i zgłosi obiekcje.

Aby zachęcić żeglarzy do parkowania w odpowiedni sposób i nie narażać bosmana na zadyszkę, większość portów stosuje delikatne sugestie, jak np. boje czy muringi, o które mamy się zaczepić - o ile zdążymy je chwycić, wchodząc do portu. Zwykle nie zdążamy, ale o tym za chwilę.

Cumujemy zatem prostopadle do kei i pozostaje nam jedynie wybór, czy przykleić się do niej dziobem, czy rufą. Cumowanie dziobem zwiększa naszą prywatność, ale utrudnia wsiadanie na pokład i wychodzenie z portu. Cumowanie rufą może natomiast spowodować, że zintegrujemy się z resztą portu dużo bardziej, niż przypuszczaliśmy, ale za to będzie nam łatwiej odpłynąć następnego ranka (o ile integracja na to pozwoli).

Jak to się robi?


Przede wszystkim, powinniśmy mieć plan, czyli wiedzieć kto, co i kiedy zrobi oraz przygotować cumy, pagaje, odbijacze i ewentualnie kotwice. Uzbrojeni i pełni nadziei na sukces, powolutku zbliżamy się do kei, zmniejszając obroty silnika, ale nie wyłączając go - manewrowość nam się przyda, a sąsiednie łódki na pewno to docenią. Parkując, poza odległością od brzegu, zwracamy też baczną uwagę na kilka innych kwestii:

Sprawdzamy głębokość– jeśli jej nie znamy, na wszelki wypadek podnosimy miecz oraz płetwę sterową (możemy też sterować silnikiem). Manewrowość spadnie, ale koszty ewentualnego zarycia w dno również. Zawsze możemy pójść na kompromis i podnieść miecz oraz ster tylko do połowy.

Przygotowujemy cumy (czytaj: lokalizujemy je, rozplątujemy, wyławiamy, jeśli przy rozplątywaniu wpadły do wody) i, co bardzo ważne, knagujemy jeden koniec, zanim całość beztrosko rzucimy na brzeg.
Wywieszamy odbijacze (uprzednio zaknagowawszy, oczywiście).

Sprawdzamy kierunek wiatru. Najlepiej jest podchodzić pod wiatr, ponieważ będzie on dodatkowym hamulcem i pozwoli nam nie przydzwonić w brzeg (zwykle murowany; auć!). Jeśli wiatr nam nie pomaga, możemy zrobić ślizg na ręcznym, czyli rozpędzić się, wykonać gwałtowny skręt i liczyć, że inercja oraz dobry Król Sielaw będą dla nas łaskawi. W ostateczności, można podejść byle jak, zejść na brzeg, wypuścić jacht na cumie i odwrócić go (oczywiście z wiatrem, nie pod). Jest to rozwiązanie bezpieczniejsze i mniej kolizyjne, niż huśtanie się w ciasnym porcie przy bocznym lub dociskającym wietrze.

Rzucamy cumę. Jeżeli nie mamy wprawy w łapaniu słupka na lasso, rzucamy ją innemu żeglarzowi i dopiero wtedy zwinnie zeskakujemy na brzeg. Jeśli oczekiwania co do naszej zwinności okazały nieco przesadzone, wyłazimy z wody, otrzepujemy się z glonów i udajemy, że to był żart. Kiedy człowiek z cumą w ręku stoi na brzegu, możemy wypchnąć się pagajem albo silnikiem i wrócić do pominiętej boi lub liny, o którą zaczepiamy tylną cumę.

Czego nie należy robić?


Poniższy akapit nie spodoba się paniom i zdaję sobie sprawę z faktu, że hańba mi za to, co zaraz przeczytacie. Płynąc na silniku i będąc kobietami, nie odwracamy się twarzą do silnika - czyli patrzymy ciągle na dziób. W przeciwnym wypadku, istnieje spora szansa, że manewrując, zamiast w prawo popłyniemy w lewo, albo co gorsza, zamiast wstecznego wrzucimy całą naprzód i zaparkujemy z dużym impetem. Na pocieszenie dodam, że naukowcy (faceci!!) stwierdzili, iż takie pomyłki wynikają z faktu, że używamy jednocześnie całego mózgu, a nie tylko połowy, jak panowie.

Cumując, staramy się nie poświęcać własnych (ani cudzych) części ciała, by wyhamować łódkę. Mimo, iż jedziemy wolno, mamy do czynienia z dużą masą, a ręka lub noga, która znajdzie się pomiędzy łódką a betonowym nabrzeżem, może na naprawdę długi czas stać się niezdatna do użytku.

Przede wszystkim zaś pamiętajmy, że przy parkowaniu łódki nigdy nie powinniśmy się spieszyć – nawet, gdy jesteśmy już bardzo głodni, a z portowej tawerny dobiegają boskie zapachy i radosne dźwięki szant. Manewrując powoli, zostawiamy sobie więcej czasu na korektę naszych błędów.

Nie zapominajmy też, że tłok w porcie oznacza nie tylko szeroką publiczność, ale i mnóstwo fajnych ludzi do pomocy.
Tagi: poradnik, cumowanie, jacht
TYP: a3
0 0
Komentarze