ALBORAN POLECA. Regulamin na morzu

wtorek, 26 kwietnia 2016
kpt. Krzysztof Sieradzki
Zawsze są jakieś zasady, które regulują relacje między ludźmi. Dotyczy to tak samo wspólnoty mieszkaniowej w wielkomiejskim blokowisku jak i załogi na jachcie morskim. Zasady te mogą być spisane w formie regulaminu lub podawane jako ustna tradycja z „pokolenia na pokolenie”. Nowi członkowie wspólnoty mogą poznać je już pierwszego dnia albo doświadczać z dnia na dzień. Zasady mogą być twarde i rygorystycznie przestrzegane lub też zasadą może być zupełna swoboda. Jaki model wybrać, organizując rejs zarówno śródlądowy, jak i morski?


Jeden z letnich sezonów spędziłem na jeziorach, szkoląc młodych adeptów sztuki żeglowania. Miałem przyjemność robić to w bardzo zacnym gronie wspaniałych żeglarzy i instruktorów. Gdy się tam pojawiłem, czułem się jednak zagubiony. Wiedziałem, czego się oczekuje ode mnie w zakresie szkolenia. Ale nie wiedziałem zupełnie nic w zakresie spraw organizacyjno-porządkowych. Chyba każdy tak ma, kto pojawia się w nowym dla siebie miejscu. Dla młodego człowieka zapewne adaptacja w nowym środowisku jest dość łatwa. Wystarczy patrzeć na to, co robią inni i naśladować. Dla mnie niezupełnie. Z wiekiem człowiek nabiera doświadczenia. W tym przypadku było to raczej niekorzystne.

Współpracując z różnymi organizacjami, doskonale wiemy, że to, co w jednej organizacji jest standardem, w drugiej może być wykroczeniem. Coś w jednej robi się w ten sposób, a w drugiej w inny. Dam przykład. Poranny stan miejsca wieczorno-nocnego biesiadowania. W jednej organizacji normą jest, że ostatni schodzący z placu boju instruktor organizuje sprzątanie, tak by rano nie było śladów spotkania. W innej zostawia się „jak jest” i wszystko sprzątane jest rano przez pracownika technicznego, do którego obowiązków to właśnie należy. Oczywiście sprzątnięcie po sobie należy zawsze do dobrej praktyki żeglarskiej. W drugim jednak przypadku instruktor ma przede wszystkim zadbać, aby uczestnicy bezpiecznie wrócili na pokład. Skąd mam się dowiedzieć, jak jest w tym przypadku słusznie? Nie wiedziałem, jak jest słusznie przez dwa miesiące, ale dowiedziałem się boleśnie trzeciego. Szkoda, że nie wcześniej.

Opowiadał mi przyjaciel z morza, jak to na pewnym rejsie pływał z kapitanem, który całkowicie zabronił pić alkohol na jachcie. Od pierwszego do ostatniego dnia, na cumach i na morzu, na wachcie i po wachcie, całkiem zabronił. Skutek był taki, że załoga zachowywała się jak uczniowie. Piła pokątnie w małych grupkach, a gdy zerwała się z łańcucha w jakimś porcie, trudno ją było pozbierać. Znane są mi z opowieści sytuacje odwrotne. Żeglarze pijący bez umiaru dzień i w noc, w porcie i na morzu, od kapitana do majtka.

Skutki takich sytuacji mogą być różne. Wychodzę z założenia, że każdy człowiek ma dobrą wolę dostosować swoje zachowania do wymogów grupy. Nawet stare porzekadło mówi „kiedy wejdziesz między wrony…”. Gdy grupa się dopiero tworzy, zasady współżycia mogą zostać narzucone przez organizatora lub budować się samoistnie. Proces kształtowania się zasad w tym drugim przypadku jest zdecydowanie wolniejszy i przebiega burzliwie, wśród utarczek słownych i przepychanek kompetencyjnych. Ustalanie pozycji w nowej grupie jest zjawiskiem normalnym. Atmosfera w tym czasie nie jest szczególnie przyjemna. Rejs krótki. Czy dojdziemy do harmonii, zanim się skończy wspólny pobyt na jachcie? Od tego zależy, czy rozstaniemy się w przyjaźni czy w samym środku waśni i nigdy więcej nie będziemy chcieli się spotkać.

Znacznie lepiej jest narzucić zasady, by uniknąć sporów. Narzucić to zdecydowanie za mało. Zasady te muszą zostać także przyjęte i zaakceptowane. Nie mam tu na myśli formalnej akceptacji w postaci złożenia podpisu na jakimś dokumencie, tylko rzeczywistą akceptację. Szczere przyjęcie zasad współdziałania przez wszystkich uczestników rejsu.

Pozostaje jeszcze opór materii. Znam przypadki, gdy próba narzucenia jakiegokolwiek regulaminu skończyła się kłótnią już w pierwszy wieczór. Należy liczyć się z tym, że na jachcie pojawi się ktoś o bardzo silnym poczuciu własnej wolności osobistej i oświadczy, że właśnie dlatego tu przyjechał, żeby odpocząć od wszelakich zasad. Tych bowiem ma w pracy pod dostatkiem. Nieprawdą jest jednak, że da się przebywać gdziekolwiek bez ustalonych reguł. Nawet na wczasach polegających na plażowaniu z drinkiem są one obecne. Wiadomo, kto przynosi drinki, a kto je pije. Wiadomo, jakie są zasady ustawiania leżaczków i korzystania ze stołu szwedzkiego. Jak to zrobić, by wszyscy chętnie i z głębi serca zaakceptowali zasady już pierwszego dnia? Mam na to wypraktykowany sposób. Uczę go na prowadzonych przez siebie szkoleniach dla żeglarzy z tego właśnie zakresu. Każdy jednak może mieć swój, byle był skuteczny.

Kilka razy próbowałem przedstawiać je nowej załodze „z głowy”. Nigdy mi się nie zdarzyło, żebym przedstawił wszystko to, co chciałem powiedzieć. Bywało, że po zwróceniu komuś uwagi, iż postępujemy inaczej, widziałem jego zdziwioną minę. Wtedy właśnie dochodziło do mojej świadomości, że ominąłem coś. Dlatego też uważam, że słuszną praktyką jest spisanie wszystkiego na kartce już wcześniej. Zasady spisane i do tego przyjęte do serca są najlepszą rękojmią harmonijnego przebywania ze sobą.

Konkluzją z tych przemyśleń i doświadczeń jest praktyka, którą realizuję na swoich rejsach, nawet kilkuosobowych. Przez lata dopracowałem się regulaminu, który nie popada w skrajności. Okazuje się, że zbyt surowe i zbyt łagodne zasady nie służą ani atmosferze, ani bezpieczeństwu. Aby była możliwość ich szybkiego i precyzyjnego przekazania uczestnikom, są one spisane. No i nie czekam z ich ogłoszeniem na pierwszy „występek” uczestnika, ale staram się poinstruować wszystkich w czasie, kiedy są najbardziej otwarci na ich przyjęcie.



Tagi: poradnik, regulamin, zasady, rejs, załoga
TYP: a3
0 0
Komentarze