TYP: a1

Port schronienia

piątek, 29 stycznia 2016
Bartłomiej Miłek
Dziś publikujemy tekst, który wygrał nasz konkurs na najlepszą relację z rejsu.



Bałtyk, zimny, dziki i mokry. Wypływamy w nocy z niesamowitego portu w Christianso, kierunek Utklipan. Za nami coraz słabiej migoce latarnia morska - gdy zbliża się koniec mojej wachty po latarni zostaje tylko mgliste wspomnienie. Deszcz ciągle moczy mi twarz, do tego fala robi się coraz większa, odliczam minuty kiedy będę mógł się w końcu położyć w suchej koi. Wreszcie przychodzi mój zmiennik, schodzę pod pokład i czym prędzej gramolę się do swojego suchego śpiworka. Sen przychodzi momentalnie, wręcz tracę przytomność tuż po dotknięciu głową poduszki, niestety nie na długo.

Budzi mnie szarpnięcie, otwieram oczy i w półmroku widzę zbliżającą się drugą stronę burty. Zdaję sobie sprawę, że nie leżę już w miejscu, w którym zasnąłem tylko znajduję się w powietrzu i zaraz wyląduję na drugiej burcie. Gdy uderzyłem głową zrobiło mi się momentalnie na przemian ciepło i zimno. Gdy ktoś cię uderzy spodziewasz się chwili wytchnienia abyś mógł zrozumieć co się stało i za co oberwałeś. Niestety nie tym razem, po pierwszym uderzeniu przyszło następne i następne i następne, czułem się jak dziecko, które ktoś przypadkowo wrzucił do pralki. Wkoło walały się ubrania i inne drobne rzeczy. Zachodzę w głowę kiedy to się skończy i czy aby ktoś kto teraz siedzi za sterem nie robi mi na złość, jednak przez forluk widzę jak na pokład wdziera się fala za falą. Po godzinie godzę się z faktem iż to nie przeminie tak szybko i ta noc nie będzie raczej udana. Zapalam światło i wkładam wszystkie walające się rzeczy do bakist, zostaje tylko śpiwór i ja. Morze zaczęło trochę odpuszczać z nastaniem świtu, a ja nie wiem kiedy i jak zdołałem znów zasnąć.



Tym razem budzi mnie kapitan, to już moja wachta. Wstaję, ubieram jeszcze mokry sztormiak, kalosze i czapkę, zakładam szelki, jeszcze snickers do kieszeni na trudne chwile i na pokład.

Siadam za sterem i wpadam w żeglarski trans, jest tylko ster, waypoint i potok myśli, potrzebuję pomyśleć o czymś przyjemnym i ciepłym. Oczywiście w żeglarskiej głowie prócz rumu jest tylko jedna taka myśl – Kobiety, niestety ten artykuł można czytać przed 21:00 więc nie będę opisywał szczegółów. Godziny wachty przebiegały teraz o wiele przyjemniej.

Na horyzoncie widać już kolejny cel naszej podróży, szwedzką wyspę Utklipan. Podpływając do jednego z dwóch wejść do portu widzimy stado fok, około 150 sztuk, może więcej. Wyglądają jak kąpiący się plażowicze w szarych czepkach. Wszystkie ciekawie i zarazem podejrzliwie patrzą w naszą stronę. Do portu wpływamy bez problemu, w porcie prócz nas stoi jeden statek więc możemy wybierać w miejscówkach. Słońce pięknie świeci choć jest chłodno, mimo wszystko pogoda zachęca do spacerów. Tylko w którą stronę ? Wpadam na pomysł - może odpalić geocaching, może ktoś ukrył i tutaj jakąś skrzynkę w ciekawym miejscu. Odpalam aplikację i … jest. Kurs na jakieś zabudowania, trochę to dziwne bo nawigacja pokazuje kierunek, w którym są tylko skały i morze. Cóż, zobaczmy co tam jest. Wyspa nie jest duża więc na miejsce docieramy po jakiś 15 minutach i rzeczywiście, pomiędzy dwoma głazami znajduje się malutki domek bez dachu.


Czytamy podpowiedzi i po kilku chwilach znajdujemy skrzynkę. Sam domek strasznie nas zafrapował ponieważ wyglądał na bardzo starą zabudowę. Bardzo zmyślnie budowniczowie wykorzystali tutejsze głazy - jedną ze ścian stanowił właśnie taki głaz. Nie dowiadując się nic więcej na temat budynku wracamy w stronę portu.


Chcemy zwiedzić jeszcze latarnię i zabudowania po drugiej stronie. Wsiadamy zatem do bączka ponieważ port, w którym się znajdujemy dzieli wyspę na dwie niepołączone z sobą części. Port ma dwa wejścia z dwóch różnych stron i jest tak sprytnie pomyślany aby podczas sztormu zawsze była możliwość wejścia będąc osłoniętym od fal. Dobijamy bączkiem do drugiego brzegu i ruszamy na dalsze zwiady.

Wreszcie natrafiamy na jakieś tablice informacyjne i dowiadujemy się nieco o nowocześniejszych zabudowaniach na tej części wyspy. Znajduje się tu stacja ornitologiczna, w której okresowo pomieszkują naukowcy podczas prac oraz latarnia morska. Wyspa generalnie nie jest zamieszkana na stałe, czerwona latarnia, która znajduje się na wyspie była rozbudowywana i przekształcona w latarnię bezobsługową. Znaleźliśmy również ciekawą informację - w okresie wojennym nad wyspą krążył samolot nawigując statki poprzez sygnalizację świetlną. Na tablicach widniały również zdjęcia dawnych mieszkańców wyspy.



Spoczęliśmy sobie na ławeczce i postanowiliśmy odszukać więcej informacji na temat domków, które widzieliśmy wcześniej. Jedyne czego udało nam się dowiedzieć to to, iż są one najprawdopodobniej domkami rybaków z 14 wieku. Po godzinie decydujemy się na powrót więc jeszcze tylko krótka wizyta w tutejszej toalecie i tu ciekawostka - na haczyku wisi coś w rodzaju rocznika astronomicznego. Od razu przypomniała mi się historia opisywana przez Wojciecha Cejrowskiego, w której opowiada on do czego Teksańczycy wykorzystują roczniki i dlaczego taki rocznik znajduje się w każdym wychodku, nawet sam producent produkuje je z dziurką aby móc wieszać go na gwoździu. Po więcej informacji odsyłam do lektury pana W.C.

Po powrocie na jacht zjadamy ze smakiem ciepły posiłek po czym ruszamy w dalszą podróż.

TYP: a3
0 0
Komentarze