TYP: a1

Polskie morze beneficjentem koronawirusa

czwartek, 5 marca 2020
Anna Ciężadło

Tak, wiemy; wszyscy wokół straszą Was koronawirusem, apotem apelują o nieuleganie panice. Zapewne macie tego serdecznie dość. My też. Dlatego dzisiaj, zamiast dramatycznych doniesień, skupimy się na pozytywach. Bo są ludzie, którzy – mimowolnie – skorzystają na zaistniałej sytuacji.

[t][/t] [s]Fot. pikabum, Pixabay[/s]

Ciemna strona medalu

Współczesny świat zwykło się nazywać globalną wioską; najczęściej to określenie ma wydźwięk pozytywny, bo odnosi się do szerokich możliwości, jakimi dzisiaj dysponujemy. Świat stoi przed nami otworem: możemy konwersować z ludźmi mieszkającymi na innych kontynentach, robić zakupy, podróżować, współpracować, studiować…

Niestety, ma to swoją cenę. Równie szybko, jak ludzie, przemieszczają się też bakterie, wirusy, czy inwazyjne gatunki roślin i zwierząt. Wystarczy jedna, w miarę zaraźliwa choroba, i nagle okazuje się, że chyba wolelibyśmy uniknąć kontaktów z resztą ludzkości, a nudna izolacja miała jednak pewne zalety.

 

Czy jest się czego bać?

Na to pytanie wypowiedziało się już tylu ekspertów, że nie śmiemy robić im konkurencji. Chcielibyśmy natomiast zwrócić Waszą uwagę na pozytywne skutki ogólnoświatowej paniki. Owszem, są takie.

Wynikają one z faktu, że ludzie mocno ograniczyli swoją mobilność. Nawet ci, którzy nie boją się koronawirusa, często zmieniają swoje plany wyjazdowe, i to z kilku powodów. Niektórzy chcą uniknąć uroków przymusowej kwarantanny, jakiej musieliby się poddać, gdyby okazało się, że na pokładzie samolotu/statku/pociągu znalazła się choć jedna zarażona osoba.

Inni zwyczajnie nie mają wyboru, bo linie lotnicze czy przewozowe rezygnują z kursów w najbardziej zagrożone rejony. Jeszcze inni zostają w domu, bo chcieli pojechać na koncert lub wydarzenie, które ze względów epidemiologicznych zostało odwołane. I co można zrobić w tej sytuacji?

 

To zależy

O ile podróże biznesowe mają z reguły precyzyjnie określoną destynację, wynikającą z lokalizacji danej firmy, o tyle plany wakacyjne zawsze można zmienić. I beneficjentami tych zmian są miejsca, w których zagrożenia koronoawirusem nie ma (przynajmniej na razie), a które z różnych względów nie były naszym „pierwszym wyborem”, kiedy planowaliśmy urlop. Na przykład polskie wybrzeże.

Ma ono swój niezaprzeczalny urok, ale – przy całej sympatii dla naszego morza – trudno nie zauważyć, że pogoda nad Bałtykiem bywa kapryśna, woda jest zimna, a ceny porównywalne do tych nad Morzem Śródziemnym. Mimo to, na skutek wydarzeń związanych z koronawirusem, już dziś można zaobserwować, jak to się ładnie mówi, „wzmożone zainteresowanie” w nadmorskim ruchu turystycznym.

 

Będą żniwa?

Czy oznacza to, że nadbałtyccy hotelarze zaliczą w tym roku sezon życia? To się okaże. Nie zapominajmy, że wiele może się jeszcze zmienić do czasu wakacji. Być może kolejne ogniska choroby sprawią, że przestraszeni ludzie odwołają poczynione teraz rezerwacje.

Trudno przewidzieć, jak rozwinie się sytuacja, chociaż lekarze podkreślają, że przy wyższych temperaturach powietrza (które, miejmy nadzieję, wystąpią już niedługo), przeżywalność koronawirusa znacząco zmaleje. A zatem, byle do wiosny. A potem się zobaczy.

Tagi: Bałtyk, koronawirus
TYP: a3
0 0
Komentarze