TYP: a1

Wisłą alternatywnie

niedziela, 19 czerwca 2011
Magdalena Banasik

Zamek krzyżacki w Malborku
Żaglowy, drewniany jacht „Piątka” według projektu Maderskiego budowaliśmy 4 sezony w warunkach „podwórkowych”. Było z tym dużo roboty, ale i nie mniej zabawy. Najwięcej uciechy mieliśmy przy wspólnych pracach, gdyż wszyscy znajomi, którzy wpadali do nas na dłużej niż jedna kawa, brali udział w pracach budowlanych.


Nasi pomocnicy niekoniecznie może znali się na szkutnictwie, ale ciekawość, jaką budziła samodzielna budowa jachtu, była całkiem niezłą motywacją. Jedni więc stawiali pierwsze kroki w heblowaniu stępki, inni w szlifowaniu wnętrza, jeszcze ktoś inny trafił akurat na etap tworzenia kadłuba i miał swój wkład przy klejeniu i wbiciu kilku listewek. W końcu Petra wyłoniła się w całej okazałości. W 2005 r. postanowiliśmy ją sprawdzić podczas rejsu po Królowej Polskich Rzek – Wiśle. Co prawda silnik nie był najmocniejszą stroną jachtu, ale mieliśmy przecież płynąć z prądem. Wodowanie nastąpiło w przystani PTTK w Warszawie. Lokalni żeglarze w sile wieku udzielali nam rad we wszystkich dziedzinach wodnych. Jedna z nich była naprawdę pożyteczna. Widząc nasze zmagania z silnikiem, poradzili wyjąć Saluta z wody i odpalić go na sucho. Pomogło! Poziom rzeki był dość wysoki, woda w kolorze błota, ale postanowiliśmy na drugi dzień odbić od leciwej kei.

Dzień 1. Modlin

Spichlerz nad Narwią w Grodzisku Mazowieckim


Znowu zmagania z Salutem. Udało się! Początkowo płyniemy w większym gronie. Ja, Sebastian, 15-miesięczny Igor, Paweł z Ewą i 2-letnim Kubą. I oczywiście Petra jako główny koordynator rejsu. Jeszcze bez relingów i listwy odbojowej, ale pięknie błyszcząca po tegorocznych zabiegach. Wbijamy się w nurt Wisły i jako pierwszy miga nam nad głową Most Siekierkowski. Oglądamy po raz pierwszy Warszawę z perspektywy wody. Pięknie, nie słychać szumu samochodów, nie czuć smogu, można spokojnie podziwiać stołeczne zabytki. Woda powoli opada, odsłaniając już gdzieniegdzie piaszczyste łachy, na których od razu znajdują miejsce wiślane mewy. Za mostem Grota Roweckiego dochodzimy do brzegu i wysadzamy Pawła, który wraca do PTTK po samochód i ma nas dogonić gdzieś na wysokości Nowego Dworu Mazowieckiego. Prąd na rzece spory, pod mostami mnóstwo wirów, dużo wysepek, domyślamy się tylko, którą stroną je ominąć, bo oznaczenie

Takich wieczorów i miejsc na Wiśle było wiele
nawigacyjne jest słabe. W Nowym Dworze Mazowieckim zostawiamy na chwilę brunatne wody Wisły i odbijamy w niebieską, czystą Narew. Mijamy Twierdzę Modlin i stary Spichlerz, który jedną ścianą dotyka lustra wody – istna Wenecja. Schody kończą się w wodzie. Ogromne stare klamry tkwią cały czas w murach, czekając, aż jeszcze kiedyś ktoś przerzuci przez nie swoje cumy. Kawałek dalej znajduje się mała przystań, na pomoście której czeka Paweł. Pożegnaliśmy sympatycznych towarzyszy podróży, którzy ruszyli w kilkugodzinną podróż nad Bałtyk, gdzie my planowaliśmy dotrzeć za kilkanaście dni.

Dzień 2. Walka z mieliznami

Po krótkiej pogawędce z miejscowymi wędkarzami oddajemy cumy i wracamy na Wisłę. Postawiliśmy maszt i mieliśmy ochotę płynąć chwilę na żaglach, ale prawie nie było wiatru. Rzęzimy więc silnikiem i płyniemy w stronę Wyszogrodu. Wirów znowu dużo i to już nie tylko pod mostami. Igor bawi się wewnątrz, sielanka… I nagle łup! Stoimy. Pierwsza mielizna pod nami. Szybko rzuciliśmy kotwicę, a Sebastian obwiązany wpół cumą zszedł do wody badać teren wokół łodzi, aby stwierdzić, w którą stronę powinniśmy się kierować, żeby znaleźć się na głębszej wodzie. Udało nam się wyciągnąć na kotwicy i znów Petra poczuła wodę pod dnem. O 1700 przybiliśmy do jednego z dzikich brzegów, jakich nie brakuje na Wiśle. Niewielka, ale malownicza plaża z dostępem do wody, miejsce na ognisko. Cisza, słychać tylko śpiew ptaków i delikatny szum wody. Nie spotkaliśmy dzisiaj nikogo na rzece.


Zarośnięty Nogat

Dzień 3. Kłopoty techniczne

Rano falstart – chcemy ruszać, jednak okazuje się, że w zęzie zgromadziła się duża ilość wody. Cholera! Wynosimy 6 wiader, a to dość sporo nawet jak na drewniany jacht tej wielkości. Po licznych przeglądach dalej nie możemy zlokalizować przecieku. Podejrzane miejsce Sebastian zalepia silikonem, ale nie jesteśmy pewni, czy to wystarczy. Teraz mamy pół wiadra do wybrania co 3 godziny. Chyba damy radę dalej płynąć. Oznaczenia nawigacyjne są bardzo słabe, mnóstwo mielizn. I znowu nie udało nam się jednej z nich ominąć. Bum i stoimy. Trochę mniej konkretnie, bo kręcimy się na bulbie. Kotwica, sprawdzenie terenu, wyciąganie. Okazało się, że w trakcie tych manewrów zgubiliśmy klin od śruby w silniku. Zakładamy prowizorkę, ale silnik rozpoczął ruski strajk i milczy. Odpalamy ręcznie, ciągnąc za linkę. Odpalił, ale tylko na chwilę. Dobrze, że stoimy dalej na

Rejs po Królowej Polskich Rzek: Warszawa – Zalew Wiślany
kotwicy. Jak duch na horyzoncie ukazała się motorówka. Takie spotkania na Wiśle nie są codziennością, więc kapitan łajby podpłynął do nas i widząc problem, wziął nas na hol i podciągnął do brzegu. Puścił naszą cumę w biegu i ja, ratując naszą i jego łódkę od zderzenia, odbiłam w bok… przy okazji wyłamując rumpel! Na szczęście dało się go szybko włożyć i zmobilizować do działania. Stanęliśmy w końcu burtą do brzegu, zgrzani z emocji, ale zadowoleni z finału akcji. Kapitan motorówki przybił obok i podał nam zapasowy klin do silnika. Szkoda, że nie zrobił tego od razu, zamiast puszczać nas w biegu. Rumpel przywiązany, klin włożony, silnik odpalił, Igor śpi – płyniemy dalej. Przed nami znowu mnóstwo zielonych wysp, nie wiadomo, jak je omijać. Wybieramy „na czuja” lewą stronę, bo prawa wygląda mocno piaszczyście. Po drodze kolejna pokryta krzewami łacha, na której pasie się liczne stado krów. Jak one się tam dostały? Woda z obu stron. Po wyniesieniu kolejnego wiadra wody spod pokładu zastanawiam się, czy aby dobrą drogę wybraliśmy. Stajemy na noc przy kolejnej wysepce z piaszczystą plażą. Prawie jak w tropikach. Dzicz, plaża, zieleń i woda. Tylko brak lazurowego koloru. Wynosimy kuchenkę na plażę i gotujemy spaghetti à la Vistula. Przed snem podejmujemy bezowocną próbę spiningowania na szczupaka.

Dzień 4. Płock

Przed Płockiem zaczął się większy ruch. Mijają nas pchacze i barki z piaskiem. Ustępujemy im grzecznie drogę, starając się po raz kolejny nie wpaść na mieliznę. W Płocku przybijamy do przystani Morka PTTK. Pierwszy rasowy port na Wiśle. Prąd, woda. Super. Tylko do miasta bardzo wysokie podejście – trening wspinaczkowy zalecany. Miasto miłe, zimne piwko w knajpie, nowy zapas zabawek, benzyny, silikonu i oleju zakupiony. Bierzemy klucz od prysznica i przeżywamy gehennę. Nasze dziecko nieprzyzwyczajone do wody lecącej z góry daje pierwszorzędny koncert wokalny. Dziwne, że nas nie ewakuowali za znęcanie się nad nim. Na noc opuściliśmy cywilizowane warunki i stajemy znowu na dziko kilka kilometrów za Płockiem. Cykają świerszcze, las pachnie, ognisko przy pełni księżyca... tego nie zapewni żaden port.

Projekt własnoręcznie przez nas zbudowanej „Piątki”   rysunki:. J. Buczek

Dzień 5. Włocławek

Rano konflikt z wędkarzami, którzy zarzucili wędki na naszą kotwicę. Hmm... Odpływamy na żaglach, ponieważ wieje z dobrego kierunku. Ta część Wisły od Murzynowa do Zarzeczewa jest szeroka i głęboka. Nie obawiamy się dzisiaj mielizn. Krajobrazy wiejskie – łąki, pola, gdzieś w oddali jakaś wioska. Wieje coraz mocniej z baksztagu i tworzy się porządna fala. Zaczynamy nawet odczuwać coś w rodzaju choroby morskiej, tyle że na rzece. Wpływamy do portu w Zarzeczewie przed zaporą na Zalewie Włocławskim i płyniemy na poszukiwanie wejścia do śluzy. Pomosty dla oczekujących (tak je nazwaliśmy) służą raczej sfatygowanym, stacjonującym rezydentom jachtowym. Przed śluzę dopływa też Flotylla Jana Pawła II składająca się z dwóch łódek typu DZety. Jest późne popołudnie, ale dowiadujemy się, że następne śluzowanie dopiero o 2000. Pan śluzowy podejmuje jednak inicjatywę prześluzowania nas przy okazji wpuszczania z drugiej strony dwóch „żubrów” – czyli płockich pchaczy. Wchodzimy do śluzy z postawionym masztem i po zarzuceniu cum na pływające polery schodzimy w dół ok. 14 m. Na wyjściu ze śluzy mijamy jeden jacht wspinający się pod prąd w górę rzeki. Lekkie drżenie serca opanowuje nas przed mostem Rydza-Śmigłego we Włocławku – zastanawiamy się, czy damy radę przejść z masztem. Udało się – maszt cały. Stajemy na dziko, ale jeszcze w zasięgu dużego miasta. Kołyszemy się lekko, wsłuchując się w odgłosy cywilizacji, których nie słyszeliśmy już od kilku dni. I wcale nam do nich nie tęskno.

Dzień 6. Toruń

Igor marudzi od rana, nie wyspał się. Biorę go w wózku na długi spacer po przybrzeżnych zaroślach. Sebastian w tym czasie regeneruje silnik i uzupełnia paliwo. Stawiamy foka i wypływamy. Baksztag w żaglu i mkniemy Wisłą w stronę coraz bliższego morza. Mijamy Nieszawę, a następnie Ciechocinek, w pobliżu którego stoi zacumowany mały statek wycieczkowy. Na brzegu kompleks barowy i restauracyjny pobliskiego uzdrowiska. Prawie cały dzień płyniemy na żaglach w stronę Torunia. Szlak od Włocławka jest oznaczony fantastycznie. Boje co 200 m, w zasięgu wzroku, tylko trzeba płynąć slalomem od brzegu do brzegu. Żadnych mielizn na torze. Brawo! Przed mostem w Toruniu składamy maszt i z braku innej opcji wpływamy do starego awanportu. Jest odgrodzony od prądu rzeki i oddalony od

Tropikalna wyspa na Wiśle
miasta. Zarzucający nam ponad głowami wędkarz stwierdził filozoficznie, że zbyt bezpiecznie to tu nie jest. Nie daliśmy się jednak złowrogiej propagandzie i po zamknięciu Petry poszliśmy zwiedzić toruńską starówkę i bulwar. Na noc jednak odbiliśmy od nabrzeża i stanęliśmy na środku awanportu na kotwicy. Przynajmniej trudniej będzie do nas się dostać.

Dzień 7. Bydgoszcz

O 0600 rano budzi nas beczkowóz napełniający się bardzo hałaśliwie wodą tuż obok nas. Podnosimy kotwicę i o godz. 1100 jesteśmy już na 748 km Wisły. 260 km za nami pozostała Warszawa. Dogoniła nas dzisiaj Flotylla DZet. Oznaczenia Wisły już tylko brzegowe, ale częste: żółty krzyż, czerwony czworokąt i zielony romb. Na horyzoncie pojawiła się Bydgoszcz. Flotylla skręciła w Kanał Notecki. Przed mostem na Fordonie stajemy, aby złożyć po raz kolejny maszt. Woda czysta, piasek biały, typowo wiślany. Igor nie odmówił sobie wejścia do wody, więc również asystujemy mu dzielnie. Za mostem stawiamy maszt i już miasto za nami. Dzisiaj nocleg w dziczy przy polu kukurydzy, która była niezłym dodatkiem do ogniskowych kiełbasek.

Dzień 8. Grudziądz

Po przebudzeniu kolejna wymiana klina na śrubie w silniku. Oby jeszcze trochę pociągnął. W ciągu dnia mijamy 2 mosty, co zapewnia nam trochę gimnastyki przy maszcie. Igor korzysta ze swobody i pluska się w pokładowym basenie, którego funkcję pełni miska. W Grudziądzu przy błoniach zatrzymujemy się na dłuższy postój. Miejsce piękne, ale do cumowania nie najlepsze. Uwiązujemy się do wędkarskiej łódki i jakichś pali na brzegu.

Nad Wisłą można się super bawić
Jest jeszcze port z barkami, ale nie ma w nim miejsc. Rodzina nawiedza nas tłumnie, znosząc prowiant, który spokojnie wystarczyłby nam na podróż dookoła świata.

Dzień 9. Nogat

Woda w nocy na szczęście nie opadła, gdyż moglibyśmy stanąć na piasku. Wisła ciągnie nas dalej. Przez Korzeniewo, Grabowo. Dziś halsujemy na żaglach – wiatr mamy zmienny, ale głównie od dziobu. Oznaczenia brzegowe dalej są dobre. Sebastian omija już mielizny z wprawą starego rzecznego flisaka. W Grabowie, podczas mijania filarów po starym moście, wiatr przestał wiać i z duszą na ramieniu obserwowaliśmy, czy nie zarzuci nas na filar. Silnika i tak byśmy nie zdążyli odpalić. Udało się bez szkód. O 1700 jesteśmy u ujścia Nogatu i zmieniamy akwen rzeczny. Śluza w Białej Górze już zamknięta, trzeba czekać do jutra. Stajemy przy ogromnej skarpie, gdzie wyjście na brzeg jest utrudnione. Brakuje tu choćby pomostu. Na łąkach spotkanie z kolejnymi członkami rodziny.

Dzień 10. Malbork

Pan śluzowy zmobilizował się do prześluzowania nas o 1000. Zjazd w dół ok. 30 cm. Po otwarciu wrót śluzy wita nas bardzo niesympatyczna załoga

Wyjście ze śluzy w Białej Górze
barki, oburzona naszą obecnością. Byli już ustawieni do wejścia i musieli się wycofać, aby nas przepuścić. Słyszymy jakieś uwagi w stylu: „Szybciej, panie, tu się pracuje.” Puszczamy je mimo uszu. Zanurzamy się w piękny Nogat – ten to dopiero jest dziki. Trudno dostępne zarośnięte brzegi, na wodzie mnóstwo rzęsy, tor żeglugowy jest naprawdę bardzo wąski. Kolejna śluza w Szonowie. Pan śluzowy dzielnie kręci korbą, aby zamknąć, a potem otworzyć wrota. Po południu dopływamy do Malborka. Wita nas dostojny zamek, niestety brakuje dobrego portu, aby dobić i mieć możliwość zwiedzenia go. Nie stajemy więc. Za Malborkiem jeszcze większe dziewictwo przyrody, mnóstwo ptaków (kaczki, czaple w tym 2 białe), trzcin, krzaków. Przed nami kolejna śluza Rakowiec z jazem i elektrownią wodną. Tu obniżamy się o 1,80 m. W śluzie po raz pierwszy mamy towarzystwo. Motorówka. Płyniemy dalej z zamiarem dotarcia do Elbląga, ale pogoda się psuje – nadciągają chmury, zaczyna padać, zbliża się burza. Mija nas ogromne stado łabędzi – ok. 40 sztuk. Już chyba nie zdążymy do miasta, trzeba poszukać miejsca na nocleg na Nogacie. Dostępu do brzegu brak, ba, nawet nie wiadomo, co rośnie jeszcze w wodzie, a co już na lądzie. Roślinność na rzece jest tak obfita, że pewne jest wkręcenie tego wszystkiego w śrubę. Wyłączamy silnik i podpływamy na pagajach do najbliższego drzewa, aby się uwiązać, bo brzegu nadal nie można namierzyć. Petra zniknęła w trzcinach na noc, rozświetlana tylko co chwilę błyskawicami.

Dzień 11. Elbląg

Płyniemy na silniku, ponieważ jest za wąsko na żeglugę. Przed nami jeszcze jedna ręcznie obsługiwana śluza w Michałowie. Miły pan informuje nas, że do ujścia Nogatu w Kanał Jagielloński mamy jeszcze 12 km, a po drodze dwie liny (promy linowe). Płyniemy na zmianę, to na żaglach, to ze złożonym masztem na silniku. W końcu Salut całkiem odmawia posłuszeństwa i zatrzymujemy się przy okazji obiadu na prowizoryczny, acz skuteczny remont. Na postoju nieprzyjemna przygoda – przepływająca z dużą prędkością motorówka wywołuje spore fale, które powodują zepchnięcie Petry na kamienie i kilkakrotne uderzenie w nie dnem. Mam nadzieję, że laminat wytrzymał. Do Elbląga dopływamy na ostatnich tchnieniach silnika. Cumujemy w przystani Fala i Sebastian zabiera się za kolejny remont. Szanse na powodzenie się zwiększają, bo poznajemy w porcie człowieka, który ma identycznego Saluta. W finale przez kilka upojnych godzin wieczornych powstaje z tych dwóch maszyn całkiem przyzwoity jeden silnik marki… Salut! A mógł wyjść Mercedes…


Wejście do śluzy w Białej Górze od strony Wisły / zdjęcia: M. Banasik

Dzień 12. Zalew Wiślany


Mamy więc „nowy” silnik, mapę Zalewu Wiślanego i kolejny zapas silikonu do uszczelnienia okna, przez które w nocy dostał się do środka deszcz. Wypływamy na żaglach, ponieważ znowu mamy problem z silnikiem. Tym razem jest to raczej jakiś drobiazg, ale nie zmienia to faktu, że nie zapalił. Halsujemy w bardzo wąskim kanale, bo wiatr kręci. Dopiero po południu wieje z baksztagu i idziemy pięknie na motyla. Przed 1400 zbliżamy się do pontonowego mostu w Nowakowie, czekamy chwilę na godzinę otwarcia i jesteśmy już po drugiej stronie. Dalej kanał jest szerszy, ale mocno zarośnięty trzcinami, a za nimi las. W pędzie minął nas wodolot kursem na Kaliningrad. Mijamy małą pławę i wypływamy na otwarte wody Zalewu Wiślanego. Mimo ładnej pogody od rana, teraz poczuliśmy, co znaczy szybka zmiana pogody na zalewie. Silny wiatr w kilkanaście minut spowodował sporą falę, która szastała nami na wszystkie strony. Ubrałam Igora w kamizelkę i z butelką mleka kazałam leżeć grzecznie w forpiku. Pierwszy raz nasza Petra przeszła taką szkołę. Ale sprawdziła się. W końcu to „Piątka” na każde warunki. Do Kątów Rybackich trafiliśmy na czuja, bo mapa okazała się nie być zbyt dokładna, a koordynaty do ręcznego GPS-a otrzymane z portu w Kątach wskazywały, że powinniśmy zawrócić. Wybraliśmy więc intuicję i nabieżniki. I wpłynęliśmy. Pierwsza podróż po rzece zakończona. Mam tylko nadzieję, że nie ostatnia.

W najnowszym numerze Jachtingu: MORZE: 8. Przygoda z Lordem Nelsonem - Jubilee Sailing Trust, 16. Finlandia - Estonia, czyli Tango 730 na dalekich wodach Cz. 1- Akweny, 26. Zadanie nawigacyjne - Rusz głową! ŚRÓDLĄDZIE: 28. Sygnały optyczne - Moda na Optimista, 32. Przygotowanie do sezonu - Moda na Optimista, 38. Wisłą alternatywnie - Rejs rodzinny, 46. Jacht Greetchen - spełniona idea, 54. iNavX - program nawigacyjny dla iPhone'a, iPod Touch i iPada - Nawigacja elektroniczna, 62. Wraca zło - Dobra konstrukcja, DE LUXE: 66. Eviva la Riva! - Prezentacja, 71. Luksusowe gadżety, 72. Polska gwiazda w Cannes - Galeon Raptor 700 Skydeck - Test jachtu motorowego, 78. Niemen - szlak przetarty - Śródlądzie, 87. Tam warto być - Subiektywny przegląd imprez, 88. Ciekawostki ze świata - Need to know, 89. Świeża bryza - Nowości rynkowe, 90. Porady brokera ubezpieczeniowego - Cz. 1 - Ubezpiecz się, 92. Barka to czy jacht? - Prezentacja, MESA OFICERSKA: 96. Regaty Otwarcia Sezonu 2011 GP Skipi 650 - Relacja z regat, 100. Tuż przed Salezjańskim Latem 2011 - Wychowanie przez żagle, 104. Raczkujący żeglarze - Dzieci na pokładzie, 108. Kapitan Wyderka - Komiks, 114. Starsi panowie trzej - Opowiadanie, 116. Gdzie warto być, co warto zobaczyć - Kalendarium imprez, 116. Na fali - Przegląd nowości, 118. Szpeje, dingsy i przydasie - Deko handlu, 120. Recenzje - Nowości wydawnicze.
TYP: a3
0 0
Komentarze
TYP: a2

Kalendarium: 21 July

Zmarł Witold Bublewski, harcmistrz, wybitny działacz Ligi Morskiej i Rzecznej, nestor polskiego żeglarstwa harcerskiego, zasłużony dla morskich spraw Polski.
sobota, 21 lipca 2007
Na s/y "Nord III" w samotny rejs z zamiarem dotarcia do Japonii wyruszył z San Francisco Andrzej Urbańczyk; było to pierwsze polskie przejście północnego Atlantyku.
czwartek, 21 lipca 1977
Do Nowego Jorku na "Gipsy Moth" wpływa Francis Chichester, zajmując pierwsze miejsce w pierwszych regatach OSTAR.
czwartek, 21 lipca 1960
Został założony pierwszy w Gdańsku polski klub żeglarski pod nazwą Pierwszy Polski Klub Jachtowy; później w 1932 r. klub ten połączył się z Polskim Klubem (niesportowym, a zrzeszającym gdańskich Polaków) i przybrał nazwę Polski Klub Morski.
piątek, 21 lipca 1922
Podniesienie bandery na barku "Lwów".
środa, 21 lipca 1920