TYP: a1

Gdzie my właściwie jesteśmy?! Przygotowanie nawigacyjne do rejsu

wtorek, 29 marca 2016
Anna Ciężadło
Co jest gorsze – nieznajomość swojego położenia na morzu, czy może błędne przekonanie, że doskonale je znamy? Tak naprawdę, oba przypadki są równie beznadziejne i mogą skończyć się w podobny sposób – jeśli nie mamy pojęcia, gdzie jesteśmy, to wkrótce się dowiemy... ponieważ będziemy na dnie, z poważnymi szansami na zgarnięcie tegorocznej nagrody Darwina.

kompas, nawigacja


Prawidłowe przygotowanie nawigacyjne

Chcąc uniknąć uhonorowania tym mało prestiżowym wyróżnieniem, najlepiej jest przygotować się do określania pozycji na morzu, pozostając jeszcze w domu. W tym celu należy zebrać resztę załogi i komisyjnie wyznaczyć trasę, którą zamierzamy przepłynąć (samo sprecyzowanie, na które morze się wybieramy, może nie wystarczyć).

Przy okazji może dojść do burzliwej wymiany poglądów, ponieważ zwykle w takich przypadkach wychodzi na jaw (naprawdę, lepiej teraz, niż w czasie rejsu), że poszczególni członkowie załogi niekoniecznie tak samo sobie wyobrażają „fajny rejs”.
Kiedy trasa i cel rejsu zostaną z grubsza ustalone, zaś ciała poległych zakopane, można spokojnie przejść do kolejnego etapu, czyli kompletowania wszelkich pomocy nawigacyjnych.

I tu pojawia się okazja do kolejnej inspirującej wymiany poglądów, bowiem w KAŻDYM gronie znajdą się zwolennicy tradycyjnych metod oraz entuzjaści nowinek technicznych. Pierwsza frakcja zwykle składa się ze starych wyjadaczy, którzy od zawsze - czyli gdzieś tak od prekambru - polegali na papierowej mapie i ruskim kompasie. Druga opcja jednoczy miłośników nowoczesnych technologii, gardzących wszystkim, co nie posiada baterii, ciekłokrystalicznego wyświetlacza i błogosławieństwa Billa G. Co ciekawe, obie strony mają rację – skoro już żyjemy w naszych ciekawych czasach, głupio nie skorzystać z możliwości, które oferują... i równie głupio odrzucić stare, sprawdzone i nie wymagające zasilania sposoby oznaczania pozycji.

Stare, ale jare

Zacznijmy od najbardziej klasycznej klasyki, czyli od map. Podczas rejsu przydadzą się zarówno te generalne, jak i podejściowe, a jeśli szczęśliwie uda nam się dopłynąć do jakiegoś portu - również jego plany. Co bardzo istotne, nie możemy beztrosko poprzestać na planach tych portów i podejść, które ZAMIERZAMY zobaczyć. Może się bowiem okazać, a z reguły się okazuje, że coś (pogoda, awaria czy inna sraczka) zmusi nas do zawinięcia do zupełnie innego miejsca, niż planowaliśmy. Warto więc być przygotowanym na takie niespodzianki i mieć w zanadrzu plany również mniej ciekawych, trudniejszych i ogólnie mało polecanych lokalizacji.

Nie gardźmy też przewodnikami żeglarskimi, almanachami i tablicami pływów (papierowymi, bowiem Wujek Google może nie mieć nic do powiedzenia na temat danego regionu. Zresztą, zgodnie z prawem Murphy'ego, w strategicznym momencie padnie nam laptop, sieć, albo jedno i drugie). Książka, nawet mokra, potargana i umazana smarem, nadal będzie działać.

Sposoby równie dobre

Skoro już oddaliśmy hołd tradycji, czas wykorzystać nowsze zdobycze cywilizacji, jak np. Internet, skąd możemy pobrać najbardziej aktualne mapy, a przynajmniej porównać je z tymi, które już mamy.
Przy okazji grzebania w czeluściach sieci możemy wyszperać zdjęcia miejsc, które będziemy odwiedzać. Oczywiście, dobrze jest też zapoznać się z historiami, z którymi się wiążą, choćby po to, by nie powtarzać błędów, które już ktoś przed nami popełnił (zawsze to miło wymyślić własne).
Na temat nawigacji satelitarnej i jej legendarnej dokładności krążą setki anegdot (klasyka: trzymaj się lewego pasa, skręć ostro w prawo). GPS na wodzie jest mniej skompromitowany tylko dlatego, że na świecie jest mniej żeglarzy, niż kierowców.

Mimo wszystko, dajmy szansę GPS-owi, ponieważ podczas rejsu mogą zdarzyć się sytuacje, kiedy będziemy zmuszeni polegać wyłącznie na jego wskazaniach - wystarczy gęsta mgła czy zniszczone okulary i jesteśmy ugotowani.
Jeśli, mimo wszystko, podchodzimy do tego typu urządzeń z nieufnością, zawsze można na spokojnie i przy dobrej pogodzie zrobić kilka kółek i porównać wskazania GPS i tradycyjnych metod. Nie chodzi o to, by wyeliminować błąd (to powinien zrobić nisko opłacany Chińczyk, który wykonał to urządzenie, choć pewnie morza na oczy nie widział), ale by znać wielkość błędu i móc go na bieżąco korygować.

A poza tym...

Pomoce pomocami, ale tak naprawdę, najważniejszym przyrządem nawigacyjnym jest... pamięć nawigatora. Dlatego, kiedy już zgromadzimy wszelkie niezbędne (a nawet zbędne, zdaniem niektórych) pomoce nawigacyjne, należy z ich pomocą dokładnie przestudiować kształt linii brzegowej, rozmieszczenie świateł i innych charakterystycznych punktów.

A po co w ogóle się trudzić, skoro mamy tyle wspaniałych przyrządów? Po to, że jeśli mimo wszelkiego prawdopodobieństwa, wskazań GPS-u, przewodnika oraz mapy, nie stwierdzimy lądu tam, gdzie się go spodziewamy (lub odwrotnie – wyrośnie tam, gdzie teoretycznie wcale go nie ma), móc zareagować natychmiast, korygując położenie, albo przynajmniej naszą świadomość o nim.
I na koniec najważniejsze – nigdy, przenigdy nie polegajmy na JEDNYM sposobie oznaczania pozycji. Po pierwsze, jest to zwykle dość niedokładne, a po drugie – skoro już tyle się natrudziliśmy, kompletując całe to ustrojstwo, to chyba trochę szkoda byłoby z niego nie skorzystać, prawda?
Tagi: nawigacja, kompas, gps
TYP: a3
0 0
Komentarze
TYP: a2

Kalendarium: 11 December

W wieku 86 lat na Florydzie umiera projektant "Optimista" Clark Mills.
wtorek, 11 grudnia 2001
Powrócił do kraju "Zawisza Czarny" po chyba najdłuższym rejsie w jego historii; w czasie wyprawy statek dwukrotnie okrążył Przylądek Horn, zawinął do ponad 500 portów, przebył ponad 89,5 tysiąca Mm.
sobota, 11 grudnia 1999
Nastąpił start trzech szkunerów do regat przez Atlantyk na trasie Nowy York - wyspa Wight; regaty wygrał James Gordon Bennet.
środa, 11 grudnia 1867