TYP: a1

Wywiad z kpt. Jerzym Radomskim

wtorek, 15 marca 2011
Arkadiusz Maciejowski
Kpt. Radomski
Wypłynął z Polski w 1978 roku. Przez 32 lata przepłynął 240 tysięcy mil morskich, co odpowiada 11-krotnemu opłynięciu kuli ziemskiej. W tym czasie zabrał na swoją łajbę 1063 żeglarzy z 38 krajów. Odwiedził ponad 80 krajów, zacumował w 440 portach. Teraz powrócił do ojczyzny. Z kapitanem Jerzym Radomskim, który odbył najdłuższą podróż w historii polskiej żeglugi oraz otrzymał tytuł Żeglarza Roku 2010 "Srebrny Sekstant" i pierwszą nagrodę honorową "Rejs Roku 2010" rozmawia Arek Maciejowski.




Tawerna Skipperów: Wypłynął Pan z Polski 32 lata temu. Wrócił Pan jakby do innej rzeczywistości.


Kapitan Jerzy Radomski: Rzeczywiście, kiedy wypływałem w 1978 roku, w porcie w Świnoujściu stacjonowały radzieckie okręty wojenne. Teraz jest tu inny, wolny świat. No i przede wszystkim, gdy kiedyś jeszcze zapragnę stąd wypłynąć, nie będę musiał już walczyć i prosić lokalnych działaczy partyjnych o zgodę (śmiech).

Wróćmy jednak na chwilę do dzieciństwa. Wiele razy powtarzał Pan, że w morzu zakochał się Pan mając 14 lat, gdy uzbierał pieniądze i pojechał do Trójmiasta.

Każdy młody chłopak ma marzenia. Jedni chcą zostać policjantami, inni prawnikami, ja chciałem żeglować i podróżować. Mój tata i dziadek często  podrzucali mi wiele książek podróżniczo-przygodowych i to oni zakorzenili we mnie tą pasję. Gdy miałem 14 lat, uzbierałem pieniądze na wyprawę z malutkiego rodzinnego Działdowa do Trójmiasta. I tam zakochał się w morzu. Przysiadłem na nabrzeżu i wiele godzin patrzyłem na jachty. Zastanawiałem się co jest za wielką wodą, jak wygląda świat po drugiej stronie morza. Zacząłem pytać tamtejszych marynarzy w stoczni czy mogę w czymś pomóc. Chciałem pracować nawet za darmo, aby tylko być blisko morza i statków, ale nikt wtedy nie dał mi szansy.

Pierwszy kurs żeglarski udało się Panu zrobić dopiero w wojsku.

Tak, kilka lat po pamiętnym wyjeździe do Trójmiasta, gdy służyłem w wojsku, odbyłem swój pierwszy kurs i wtedy byłem już pewien, że swoje marzenia przełożę na czyny. Chwilę potem trafiłem do szkoły żeglarstwa w miejscowości Trzebież, która była w owych czasach swego rodzaju Mekką dla żeglarzy. Najlepsi wykładowcy, szkolenia, ćwiczenia. Tam zdobyłem drugi stopień sternika.

I nastał rok 1962...

Tak, w tym roku odbyłem swój pierwszy zagraniczny rejs wokół Norwegii, Danii i Szwecji. Czułem wtedy, że już nie ucieknę od przeznaczenia i że morze jest mi dane na kolejne długie lata. Po powrocie do kraju bardzo wiele czytałem o żegludze, każdą wolną chwilę poświęcałem poszerzaniu swojej wiedzy.

Po wyjściu z wojska przeprowadził się Pan jednak na Śląsk i zatrudnił się w kopalni w Jastrzębiu Zdroju jako elektryk. Nie bał się Pan, że proza życia spowoduje, że żeglarstwo odejdzie w cień?

Absolutnie nie. Ciągle chciałem więcej. W 65. roku wypłynąłem w swój pierwszy rejs poza bałtycki, do wybrzeży Jugosławii. Potem założyłem w Jastrzębiu pierwszy kopalniany klub żeglarski Delfin - organizowaliśmy w nim wraz ze znajomymi kursy żeglarstwa i nurkowania. W 1970 roku zostałem kierownikiem organizowania wyprawy do Afryki i na Wyspy Kanaryjskie. Razem z kolegami z kopalni zapragnęliśmy zrobić coś niesamowitego. Przez cztery lata zbieraliśmy pieniądze na ten rejs, ale nie to było największym problemem. Wszyscy wiemy jakie były wtedy czasy - komunizm. Lokalni partyjni działacze kazali postukać nam się po głowach, gdy usłyszeli o naszym pomyśle wyprawy na drugi koniec świata i nie pozwolili nam płynąć. Ale nie dałem za wygraną. Dobrych kilka razy jeździłem do Katowic, aby spotkać się z Jerzym Ziętkiem, przewodniczącym prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej. Wiele razy odmawiano mi rozmowy z Panem Ziętkiem, więc postanowiłem użyć podstępu i zaczaiłem się przy ubikacji. Wiedziałem, że przecież prędzej czy później musi wyjść za potrzebą, no i udało się! Ziętek zaprosił mnie do swojego gabinetu i poparł naszą prośbę. Myślałem że zemdleję z radości.

I ten rejs okazał się kluczowy dla dalszych Pana życiowych losów.
Czarny Diament
To prawda. Podczas rejsu na Kanary wraz z załogą dostaliśmy zaproszenie do udziału w regatach dookoła świata. Nie wahałem się ani chwili. Postanowiłem wtedy: trzeba zbudować własny jacht i płynąć! Ówczesny dyrektor kopalni w której pracowałem dał mi wolną rękę i miejsce na terenie zakładu, gdzie mógłbym spokojnie budować. Powiedział, że za zakładem jest szopa, gdzie jest podłączony prąd i super warunki potrzebne, aby zbudować łódź. Pracowałem osiem godzin w kopalni, a potem razem z kolegami kolejne osiem przy jachcie. Spałem po trzy godziny na dobę. Oczywiście na początku podszedłem do sprawy nazbyt optymistycznie. Na początku sam chciałem zbudować ogromną 16-metrową łódź i był to pomysł szalony! Wydawało mi się że za 2-3 lata wszystko będzie gotowe, ale zderzyłem się z rzeczywistością. Miałem już wtedy ukochaną żonę Barbarę, własną rodzinę. Nie zdawałem sobie sprawy jak wielkie pieniądze potrzebne są, aby ukończyć tą budowę, a nie mogłem robić wszystkiego kosztem najbliższych. Wciągnąłem więc w prace moich kolegów i tak po 7 latach moje kolejne marzenie się spełniło. Cudowna łódź była gotowa. Jej matką chrzestną została córka dyrektora kopalni, bez którego nic by się nie udało!

6 maja 1978 roku w Szczecinie łódź została zwodowana.

Byłem już przekonany, że chcę płynąć dookoła świata. 22 czerwca 1978 roku, dokładnie o godz. 22.55 „Czarny Diament" ze mną i 14 innymi osobami na pokładzie wypłynął ze Świnoujścia. Początkowo rejs zaplanowaliśmy na góra... cztery lata. Wkrótce potem okazało się jednak, że mój rejs nie zakończy się zgodnie z planami. Gdy dobiliśmy do portu w Australii, mieliśmy podjąć ciężką decyzję. W Polsce był właśnie stan wojenny, niepewna sytuacja, a my musieliśmy zdecydować czy wracać. To nie tak, że bałem się powrotu, ale w tamtej chwili był on według mnie bezcelowy. Większość załogi zdecydowała się jednak nie kontynuować rejsu. Na statku zostałem tylko ja i dwóch kolegów. Popłynęliśmy dalej. Z czasem i oni zatęsknili za lądem i zostałem sam.

Żona nie protestowała?

Na pewno nie było jej łatwo, szczególnie na początku, powiedzieć - "rozumiem jaka jest sytuacja, nie wracaj teraz" - ale przetrwaliśmy i to jest najważniejsze. Po moim wypłynięciu w 1978 roku nie widzieliśmy się na początku przez 7 lat. W 1985 roku przyjechała do mnie z córkami do Francji gdzie zacumowałem, skąd udaliśmy się wspólnie na cudowny rejs między innymi do Grecji. Potem wielokrotnie rodzina żeglowała ze mną. Na przykład syn spędził ze mną na morzy blisko dwa lata, pływaliśmy między innymi u wybrzeży Afryki. Los dał nam wytrwałość i wytrzymaliśmy te rozłąki.

Jak zarabiał Pan na życie przez te lata?
Kpt. Radomski
Chwytałem się każdej pracy. Zarabiałem między innymi wożąc w sezonie turystów. W Australii budowałem tunele pod planowaną drogę, remontowałem jachty w USA, byłem elektrykiem w jednej z papierni w Afryce, pracowałem w drukarni w Nowej Zelandii u zaprzyjaźnionego żeglarza. Wiele tego było, ale trzeba było sobie radzić i zdobywać pieniądze na kolejne wyprawy.

Przez 32 lata przepłynął Pan 240 tysięcy mil morskich, co odpowiada 11-krotnemu opłynięciu kuli ziemskiej. W tym czasie zabrał Pan na łajbę 1063 żeglarzy z 38 krajów, odwiedził Pan ponad 80 krajów w 440 portach. Nie zawsze było jednak pięknie i kolorowo.

Już po roku od rozpoczęcia wyprawy pojawiły się problemy i „Czarny Diament" wpadł na rafę u wybrzeży Etiopii. Przez ponad dwa miesiące wykuwaliśmy w rafie rynnę, przez którą moglibyśmy wyprowadzić jacht na otwarte morze. To była mordercza praca, schudliśmy dobre kilkanaście kilogramów, ale nie poddawaliśmy się, bo chcieliśmy płynąć dalej i udało się! Wszak my górnicy nie mogliśmy odpuścić i musieliśmy pokazać charakter.

Miał pan również dwukrotne spotkania z piratami.

Niestety tak. Po raz pierwszy u wybrzeży Jemenu. Na początku zupełnie nie spodziewałem się zagrożenia. Pomyślałem, że to rybacy z wędkami zbliżają się do mnie. Szybko zorientowałem się jednak, że sytuacja nie jest wesoła i że morscy rabusie są uzbrojeni. Nie zastanawiałem się ani chwili i zacząłem ucieczkę. Na całe szczęście miałem sprzyjający wiatr i mocniejszy silnik niż ten w łódce rabusiów. Mogło się wszystko skończyć zupełnie inaczej, ale wyszedłem z tego obronną ręką, z kilkoma tylko śladami po kulach z karabinu na grocie. Drugie zaś spotkanie z piratami mogło zakończyć się mniej szczęśliwie, ponieważ jacht stał wtedy na rafie. Rabusie podkradali się w nocy na wiosłach, ale zauważył ich mój pies Burgas, który przybłąkał się na jacht, gdy cumowałem w Bułgarii i od tamtego czasu przez 11 lat towarzyszył mi na morzu. Gdy rabusie zbliżyli się do mojej łajby zaczął szczekać i mnie obudził. Zerwałem się szybko na równe nogi wiedząc już, że szykuje się coś niedobrego. Chwyciłem za rakietnicę i strzeliłem nad łodzią nieproszonych gości. Rabusie na szczęście się przestraszyli i uciekli.

Jakie jest według Pana najpiękniejsze miejsce na świecie?
Ktp. Radomski
Polska. Byłem ostatnio w Zakopanem - cóż za cudowne miejsce! Również Gdańsk - cudowne miasto. Fajnie jest leżeć na Haiti na plaży, ale ileż można patrzeć na te same palmy. A Polska jest tak fantastycznie różnorodna. Morze, góry i te mieniące się w kolorach lasy, gdzie uwielbiam zbierać grzyby.

Jakie plany na przyszłość?

Chcę teraz zadbać o zdrowie, wszak jestem już po siedemdziesiątce, chociaż czuję się dużo młodziej. Chcę też w miarę możliwości finansowych przeprowadzić remont jachtu. Kończę także pisanie książki poświęconej Burgasowi i Bosmanowi, czyli dwóm wiernym psom, które przez te wszystkie lata towarzyszyły mi wiernie na morzu. Mam z nimi tyle ciekawych historii i na pewno nie są gorsze od kota Myszołowa (śmiech).
TYP: a3
0 0
Komentarze
TYP: a2

Kalendarium: 24 maja

W Southampton zakończyła się 7 edycja Whitbread Race; zwycięża "Ef Language".
niedziela, 24 maja 1998
Urodził się Zygmunt Choreń, kapitan jachtowy, regatowiec morski, uczestnik rejsu na "Otago" w regatach Whitbread Race i przede wszystkim projektant żaglowców; m.in. zaprojektował żaglowce "Pogoria", "Iskra", "Dar Młodzieży", "Kaliakra", "Oceania", "Gwarek
sobota, 24 maja 1941