TYP: a1

Rejs po Bałtyku – cz. III

środa, 24 sierpnia 2016
Bartłomiej Miłek
Obudziło mnie pukanie w bok burty. Wyskakuję ze śpiwora, wyglądam co się dzieje a tu na nabrzeżu stoi bosman i coś do mnie mówi. Na początku miałem trudności ze zrozumieniem ponieważ mój angielski jeszcze się nie obudził ale po chwili zrozumiałem, że chce abyśmy się przeparkowali ponieważ w to miejsce za chwilę ma przypłynąć statek z zaopatrzeniem dla wyspy.



W międzyczasie wstał już Domin i Karolina. Szybko odcumowaliśmy i przeparkowaliśmy łajbę parę metrów dalej gdzie wskazał nam bosman. Skoro już wstaliśmy to zaczynamy dzień, wyspa może i jest mała ale ma wiele ciekawych zakamarków wartych pozwiedzania. Szybko przygotowujemy prawdziwie morskie śniadanie mistrzów czyli owsiankę na gęsto. Przepis bardzo prosty - kroimy jabłka w kostkę, karmelizujemy je z cukrem i cynamonem a potem wraz z rodzynkami, orzechami, migdałami i kawałkami świeżych pokrojonych bananów wrzucamy do gara z płatkami owsianymi.

Najadamy się do syta i omawiamy co by tu zobaczyć. Jako iż z Karoliną byliśmy na tej wyspie zeszłego roku wiedzieliśmy, że warto z rana pójść sprawdzić czy na skałach za wyspą nie wygrzewają się foki po zimnej nocy. Później obowiązkowo cliffing czyli włóczenie się po klifach i eksplorację każdego kamienia z osobna, a następnie cała reszta. Wypijamy kawę zajadając zdobytymi w Svaneke czekoladkami idziemy zwiedzać.



Po dotarciu na wzgórze obserwujemy przez lornetkę skały w poszukiwaniu fok, niestety po 15 minutach stwierdzamy, że nic z tego. Tym razem same mewy, jednak robiąc zdjęcia na dużym zoomie dostrzegam foki, które właśnie wygramoliły się na jeden z kamieni. Opisuję, w którym są miejscu ale załoga patrząc przez lornetkę mówi, że to skały. Dopiero po czasie wszyscy je zauważają. Schodzimy ze wzgórza aby zająć dogodniejsze do obserwacji miejsce na skałach. Tu dziewczyny zaczęły naśladować foczki czyli wygrzewać się na skałach odsłaniając nieco ciała a my z Dominem szaleliśmy z aparatami robiąc zdjęcia. To fokom, to dziewczynom, to falom rozbryzgującym się o skały, to znów dziewczynom. W końcu, gdy obfotografowaliśmy już z każdej strony wszystko co się dało a kadry zaczęły się powielać po parędziesiąt razy, zarządziliśmy dalszą eksplorację.



Ruszyliśmy wzdłuż muru obronnego podziwiając domki oficerskie, dawne magazyny i koszary. Z tego co udało nam się dowiedzieć podczas naszej poprzedniej wizyty na wyspie, w dalszym ciągu należy ona do wojska a tutejsze budynki są tylko dzierżawione ludności cywilnej z zastrzeżeniem nie zmieniania ich wystroju zewnętrznego. Wyspa dzięki temu zyskała specyficzny charakter. Po godzinie 18, gdy odpłynie stąd ostatni prom ze stonką, wyspa przenosi się w czasie do XVII wieku ponieważ cała zabudowa praktycznie jest z tego okresu lub została zrekonstruowana. Miejsce to byłoby rajem dla fanów gier terenowych typu LARP.



Po długiej włóczędze po wyspie czas na posiłek, wracam zatem na pokład gdzie wszyscy oddają się lekturze zabranej na rejs. Karolina czyta „Republikę Piratów” ja „Wampiratów”, Agata i Darek części „Gwiezdnych Wojen”, Domin w tym czasie gotuje obiad. Po posiłku idziemy na wspomniane już wcześniej kąpielisko miejskie, do którego aby dojść trzeba przejść po moście łączącym wyspę Christianso z Frederikso. Most został wybudowany w 1912 roku - dokładnie w tym samym roku, w którym słynny Tytanic wyruszył w swój pierwszy i ostatni rejs. Tego roku mieliśmy z Karoliną okazję być również na wystawie Tytanic Exhibition w Warszawie, na której zainteresowała mnie replika fragmentu poszycia kadłuba Tytanica. Kadłub nie był spawany lecz nitowany kilkoma rzędami nitów. Nigdy nie zwróciłem na to uwagi ale rzeczywiście technologia spawania blachy jest przecież młoda i w trakcie budowy Tytanica dopiero raczkowała, a jakoś te kawałki metalu trzeba było poskładać do kupy.



Przyjrzałem się zatem zdjęciom owego mostu na Christianso i on również był łączony nitami. Następnym razem, gdy zawitam na tą wyspę muszę się temu przyjrzeć dokładniej bo teraz pozostają mi tylko zdjęcia.

Po kąpieli czas na relaks z książką oraz pogawędkę z polską załogą statku, który właśnie z braku miejsca przycumował do naszej lewej burty. Dzięki uprzejmości Kapitana zapoznajemy się z najnowszą prognozą pogody na kolejne dwa dni - ma wiać i to dokładnie z kierunku jakiego potrzebujemy aby dostać się na kolejną, tym razem już szwedzką wyspę Utklippan.

Wybija godzina 20.00, najwyższy czas opuścić port jeśli chcemy dotrzeć nad ranem na Utklippan. Prosimy naszych sąsiadów aby na chwile od nas odcumowali. Manewry portowe wyszły idealnie i już parę chwil później mijaliśmy główki portu. Po wypłynięciu ster otrzymał Darek do godziny 21.00, później przejęła go Agata, dalej Karolina i Domin. W nocy okazało się, że wiatr wieje mocniej niż zakładaliśmy i z planowanych 5 węzłów osiągaliśmy prędkość 7. Jeśli nie chcemy wchodzić do portu w nocy to musimy zwolnić. Zwlekam swoją dupę z koi, ubieram sztormiak, nie żeby lało ale lubię go bo jest ciepły i wychodzę na pokład. Wachtę trzyma Karolina, mówię jej, że walimy za szybko i musimy zwolnić albo będziemy robić satelitki przed portem. Oj, bardzo się jej to nie spodobało. W końcu nam fajnie wiało, łajba w idealnym przechyle skacze raźnie po falach a tu trzeba zwolnić. Zrzucam szybko foka, prędkość spada do 5 węzłów – idealnie. Poszedłbym spać gdyby nie widok gwiazd. Opieram się zatem o nadbudówkę i zadzieram głowę.



Po chwili na pokład wychodzi Domin i opowiada nam, że śniła mu się mielonka i że w tym śnie miała taki wspaniały smak. Gdy skończył opowiadać wszyscy już byliśmy tak głodni, że nie musiał nas długo przekonywać do uszczuplenia zapasów o jeden bochenek chleba i puszkę mielonki. Tak więc oparty o nadbudówkę, z pełnym brzuszkiem oddałem się marzeniu o kolejnych rejsach. Poruszyłem tę kwestię z załogą, która raźnie odpowiedziała, że żeglarstwo to jest to i że chce za rok znów popłynąć ale na czymś większym na Gotlandię. Ja dorzuciłem jeszcze Alandy bo Gotlandię mam już zaliczoną i tak powstał plan kolejnego dwutygodniowego rejsu. Po powrocie do Polski znalazłem odpowiedni jacht i pierwszą osobę do powiększonej załogi - Sebastiana z Warszawy, który opierniczył mnie, że nie wziąłem go na ten rejs. Pozostaje mi do grudnia znaleźć jeszcze dwie osoby, ale pewnie znajdą się same.

I tak przyszedł czas na wachtę Domina, co oznaczało, że jest 03.00 w nocy. Karolina poszła spać a ja ległem na pokładzie to podsypiając, to budząc się i sprawdzając czy wszystko jest w porządku. I tak do rana gdy na horyzoncie pojawił się Utklippan.
Tagi: rejs, Bałtyk
TYP: a3
0 0
Komentarze