TYP: a1

Czerwony Krzyż... albo i nie?

wtorek, 11 grudnia 2018
Anna Ciężadło

Okręty z Czerwonym Krzyżem; ostatnia szansa rannych i chorych, ostoja miłosierdzia... a może po prostu zwykłej, ludzkiej przyzwoitości. Pracują na nich lekarze, sanitariusze oraz marynarze, którzy stoją ponad podziałami, uprzedzeniami, polityką i wojną. A przynajmniej chcieliby stać, bowiem bliźni nie zawsze im na to pozwalają. 

Negatyw

Pomysł istnienia okrętów szpitalnych jest niemal tak stary, jak idea prowadzenia regularnych działań wojennych na morzu. Barki szpitalne funkcjonowały już w czasach amerykańskiej wojny północ-południe, ale nazywały się po prostu „szpital”, a ich załogi musiały liczyć na dobrą wolę wojskowych oraz na to, że będą oni umieli czytać (co w tamtych czasach wcale nie było oczywistością). 

Pomysł ujednolicenia tego typu jednostek i zgromadzenia ich pod jednym, wspólnym, ogólnie rozpoznawalnym znakiem zrodził się w głowie szwajcarskiego filantropa, Henryka Dunanta, który pewnego dnia zobaczył, jak wygląda krajobraz po bitwie i nie mógł znieść widoku rannych i konających, pozostawionych samych sobie. W 1863 roku powołał więc do życia oficjalny ruch Czerwonego Krzyża.

Wbrew temu, co wydaje się osobom z alergią na krzyż, intencją Szwajcara wcale nie było skojarzenie Czerwonego Krzyża z symbolem chrześcijańskim. W rzeczywistości czerwony krzyż na białym tle jest po prostu „odwróconą” szwajcarską flagą, jak gdyby jej negatywem. 

Zresztą, niemal od początku Krzyż nie był jedyną opcją – ponieważ muzułmanie kojarzyli go może nie tyle z chrześcijaństwem, ile z Europą, postanowili wprowadzić własny symbol – i tak w 1929 roku, do Krzyża dołączył Czerwony Półksiężyc, funkcjonujący w krajach islamu (wyjątkiem jest tu Iran, który przez pewien czas stosował symbol Czerwonego Lwa i Słońca).

[t][/t] [s]Fot. Wikipedia[/s]

Anioły na morzu...

Niezależnie od tego, czy na fladze znajdzie się Krzyż, Półksiężyc, czy Lew – statki zrzeszone pod tym symbolem mają wspólną misję: ratują ofiary rozmaitych kataklizmów, epidemii oraz wojen. Przewożą chorych i rannych, a ich działalność ukonstytuowana jest postanowieniami Konwencji Haskiej z 1907 roku. 

Czerwony Krzyż trudno przeoczyć: jego statki pomalowane są na biało, a na burtach wymalowane mają poziome, zielone linie, przerywane czerwonymi krzyżami. Nocą znaki są dodatkowo oświetlone, by nikt nie miał wątpliwości, że to, na co patrzy, to na pewno jest pływający szpital. Mimo to, służba na takich jednostkach wcale nie jest bezpieczna – żadne oznakowanie nie ochroni ich przecież ani przed wpłynięciem na minę, ani przed siłami natury. Niestety, nie chroni też przed zwyczajną, ludzką podłością.

 

… i diabły

Przykładem najniższych ludzkich (czy aby na pewno?) zachowań była historia okrętu szpitalnego „Llandrovery Castle”, zatopionego przez niemieckiego U-bota 27 czerwca 1918 roku – czyli w czasach, kiedy Niemcy już przegrywały wojnę. Mimo to, dowodzący U-botem porucznik Platzig, ignorując oznaczenia, bez skrupułów zaatakował okręt Czerwonego Krzyża. Jednostka nie miała żadnych szans i niemal natychmiast zatonęła. 

Porucznik postanowił jednak, że należy pozbyć się świadków swojego wątpliwego „sukcesu” i w towarzystwie dwóch zaufanych oficerów wachtowych: Boldta i Dithmara, wyszedł na pokład, po czym z użyciem działa U-bota dokonał ordynarnej rzezi bezbronnych rozbitków, mordując lekarzy, pielęgniarki oraz załogę statku szpitalnego. Dzięki staraniom niemieckiego rządu, wszyscy trzej zbrodniarze właściwie uniknęli kary. Niestety, nie był to odosobniony przypadek, bowiem tego typu praktyki miały miejsce zarówno podczas pierwszej, jak i drugiej wojny światowej. 

 

Skąd się biorą okręty szpitalne?

Tak naprawdę - skąd tylko się da, co generuje sporą różnorodność jeśli chodzi o tonaż i osiągi jednostek pływających dla Czerwonego Krzyża. Poza amerykańską US Navy, która niemal od początku swojego istnienia budowała statki od razu z przeznaczeniem na pływający szpital, w większości przypadków tego typu służbę pełniły naprędce przystosowane statki handlowe, wycieczkowce, a niekiedy nawet jachty spacerowe.
 
Zdarzały się też ciekawsze przypadki: np. Brytyjczycy zbudowali luksusowy jacht „Britannia” specjalnie dla swojej rodziny królewskiej, inwestując w to przedsięwzięcie 2 miliony funtów – a chcąc uciszyć oburzonych podatników, władze stwierdziły, iż jest to jednostka, która w razie czego będzie przeznaczona na okręt szpitalny. W teorii ma zatem służyć wszystkim Brytyjczykom, a nawet ludziom innych narodowości. Na tak szlachetnym celu nie wypada przecież oszczędzać.

 

Czerwony Krzyż współcześnie

Dzisiaj ruch Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca zrzesza ok. 97 milionów wolontariuszy z całego świata. Pomagają oni wszystkim, bez względu na pochodzenie, przekonania, płeć, wiek, religię i numer buta. 

Bardzo istotnym jest fakt, że ruch nie jest organizacją rządową, bowiem w takim przypadku prędzej czy później musiałby zrezygnować z części swoich ideałów. Co ciekawe, nie jest on też organizacją pozarządową, ponieważ oprócz niesienia pomocy humanitarnej, angażuje się też w akcje wchodzące w skład działalności państwowej - choćby dlatego, że zajmuje się także sprawami jeńców, osób zaginionych i internowanych, a niekiedy interweniuje w ich sprawie u władz. 

Co bardzo istotne, to, co roboczo określamy terminem Międzynarodowy Czerwony Krzyż, w rzeczywistości skupia kilkanaście organizacji, które jednoczy wspólny cel, statut oraz zasady. W XXI wieku Czerwony Krzyż i Półksiężyc zostały uzupełniony o symbol trzeciej wielkiej religii - w 2006 roku do ruchu dołączyła do nich Czerwona Gwiazda Dawida. 

 

Znak czasów

Wydawać by się mogło, że rozwiązanie z 2006 roku zadowoli wszystkich, a w każdym razie – większość, co w demokratycznym społeczeństwie powinno być wystarczające. Niestety, nic z tych rzeczy, bowiem poprawność polityczna dotarła nawet tutaj.

Powstał zatem wniosek, by wprowadzić jakiś nowy symbol, nie kojarzący się z żadną z religii: wskutek tego, 14 stycznia 2007 roku, na mocy III Protokołu Dodatkowego powstał symbol Czerwonego Kryształu, który w zasadzie jest postawionym na czubku czerwonym rombem.

Jak na razie, Czerwony Kryształ niespecjalnie się przyjął i pozostaje tworem równie sztucznym, jak język esperanto (a nawet mniej, bo o esperanto przynajmniej każdy z nas  słyszał; chociaż wszyscy i tak wolą mówić po angielsku). Wygląda więc na to, że Kryształ będzie zupełnie bezużyteczny, bowiem płynąc w miejsca, gdzie ktoś może do nas strzelać, lepiej jest nie liczyć na to, że nasz przeciwnik będzie na bieżąco z poprawnością polityczną. A jeśli przypadkiem nie domyśli się, co też twórcy Czerwonego Kryształu mieli na myśli, możemy nie mieć czasu na złożenie stosownych wyjaśnień. 

Tagi: Czerwony Krzyż, ratownictwo, statek
TYP: a3
0 0
Komentarze