TYP: a1

Karaiby 2020 - relacja z rejsu, cz. II

piątek, 21 lutego 2020
Jurek Cygler

16/01/2020, czwartek

Czwartek (niektórzy mówią „ćwiartek”) wita nas ładną pogodą. Skipper z kuszą i nowym bełtem strzela jeszcze jeden gastronomiczny okaz. Edek w trakcie snurkowania odnajduje zaginioną wczoraj wędkę, Olek nurkuje i wyciąga sprzęt. Powoli odrabiamy jednak straty. Znów zarzucamy przynęty. Pojawia się ogończa, i to spora. Nie bardzo interesuje ją przynęta na haczyku Romka, więc szybka decyzja. Skipper z kuszą wskakuje do wody, strzela rybę nowym bełtem.

Trafiona – zatopiona. Silnie walczy, za cholerę w pojedynkę nie idzie jej wyciągnąć. Z jachtu Edek pomaga ciągnąć zdobycz, choć lekko nie jest. Konieczne rękawice. Ryba ląduje w kokpicie. Okazuje się, iż jest to samica z młodymi. Teraz już nic nie zrobimy. Możemy tylko mamusię zeżreć. Ciekawostką jest fakt, iż kompletnie nie ma ogona. Gdzieś musiała go stracić, jakiś potworek dobierał się do niej „per rectum”. Rybę szybko sprawiamy, waży ze 20 kg. Na kolację styknie. Pojawia się druga ogończa, dyskutujemy, czy ją strzelać. Tylko Mirek protestuje. W końcu jednak i on przystaje na kolejne morderstwo. Skipper wskakuje do wody, ale po ogończy ani śladu. Dywagacje egzystencjonalne trwały zbyt długo. Skipper udaje się w kierunku rafy, wraca z ustrzeloną ośmiornicą. Dzień zapowiada się naprawdę rewelacyjnie. Jemy drugie śniadanie z ryb. Jest papugoryba, dwie jaszczurnikowate, murena, kilka dorad i jeszcze jakaś niezidentyfikowana, ale smaczna rybka. Pomimo wahań co do zjadliwości mureny, konsumują ją wszyscy. W południe opuszczamy Sandy Island, kierujemy się na motorze na północ. Opływamy Cariacou od północy, docieramy do Petite Martinique. Mała, piękna kolorowa wysepka, otoczona sporą rafą. Dobijamy do jednego z dwóch pomostów, tankujemy wodę. Poza tym kilka osób uzupełnia prowiant. Romek kupuje sprzęt wędkarski, przede wszystkim zaopatrzył się w grubą stalówkę. Tutaj biorą naprawdę potwory. Drobnym dysonansem jest fakt, iż nie chcą odebrać od nas śmieci. Potem obieramy kurs na Palm Island. Po drodze mijamy Mopion – łachę piasku ze sterczącym parasolem. Początkowo chcemy się zatrzymać, ale po krótkiej dyskusji płyniemy dalej. Na Palm postój kąpielowy. Wyspa to jeden wielki hotelowiec, dostępna jednak dla żeglarzy. Pod warunkiem, że zachowują się cicho. Więc morda w kubeł albo paszli won, o czym informuje personel. Po 1,5 godzinie przenosimy się nieopodal, na Union Island, do Clifton Harbour. Z miejsca podpływa wodne taxi, proponuje pomoc przy mooringu. Zachwala też różne atrakcje i dowóz zaopatrzenia. Mamy wszystko, niektórych rzeczy aż za dużo. Nie chce od nas przyjąć napiwku za pomoc, facet jest OK. Miejsce, gdzie stoimy, jest osłonięte od Atlantyku rafą. Jest sporo mooringów, są ładne widoki. Na molu na końcu rafy, nieopodal nas, umocowana jest fajna knajpka. Jest tam sporo ludzi, obserwują popisy dwóch facetów latających na keitach. Ci robią niezły show. Obok nas przelatuje młoda dziewczyna na keicie z hydroskrzydłem. Męska część załogi zwraca uwagę nie tylko na sam keit. Potem kąpiel. Do rafy niedaleko, jest wprost przed naszym dziobem. Są ciekawe ryby, w tym mureny i ogończe. To dobrze rokuje na dzisiejszą noc. No i jutrzejszy poranek z kuszą. Kambuz smaży ogończę. Ryba pierwszego sortu. Smak niesamowity (mąka kukurydziana też robi swoje). Zżeramy większość ryby. Trochę zostaje na jutro, pewną część robimy w maggi (przepis dostępny u skippera). Podpływa lokales z napisem na burcie „Kocham Polskę”, mówi bardzo poprawnie „dzień dobry !”. Zaprasza na homary. Uzgadniamy, że zjemy, ale za dwa dni na Tobago Cays. Sprawia sympatyczne wrażenie. Wieczorem większość załogi pontonem dostaje się do wyżej wzmiankowanej knajpki. Są tutaj dwie załogi, jedna z Włoch, druga z Francji. Głośna reggae, głównie Bob Marley. Lokalny rastaman akompaniuje swoim śpiewem, niestety ma jednak trzeci stopień muzykalności (zresztą tak jak autor niniejszych wypocin). Ogólnie euforia, wszyscy tańczą. My z miejsca łapiemy klimat. Co ciekawe, nie serwują w barze mohito. Ale jest Pain Killer, rodem z Van Dyke na BVI. Też dobre. Po załogę francuską przypływa ich wynajęty skipper. Pozostają Włosi, bawią się z nami na całego. Po jakimś czasie i oni wracają na swój jacht. My wybieramy kilka piosenek, które potem rozbrzmiewają po całej zatoce. W tym Stachursky z jego „Nie ma dużych kieliszków”. Takie słowiańskie reggae. Absolutnie wkręca się w lokalny klimat. Wracamy na jacht. Jak zwykle zestawy z przynętami za burtę, tym razem tylko same stalowe liny + solidne liny z jachtu. Żarty się skończyły. Obok nas stoją rozbawieni Włosi, krzyczą do nas. U nas też doskonałe humory, ale ryjów nie drzemy.

Postój: 120 35’ 651’’ N, 610 24’ 668’’ W

17/01, piątek

Rano okazuje się, że nie mamy ¼ ilości wody. Sprawdzamy całą instalację, krok po kroku. Nie widać najmniejszych przecieków. Ktoś po prostu nie zakręcił kurka lub poszalał w łazience. Poranek słoneczny, chmurek nie za dużo. Znad Palm Island wznosi się słońce. Odpalamy ponton, w zasadzie wszyscy się kąpią. Oglądamy życie na rafie, która tutaj jest naturalnym falochronem. Jest sporo drobnych, bardzo kolorowych rybek. Pływamy na głębokości 0,5 m, można dotykać dna. Rybki są wszędzie i jest ich naprawdę dużo. Nieco głębiej są też nieco większe egzemplarze. Widoczność dobra, dno na głębokości kilkunastu metrów jest w zasięgu wzroku. Skipper morduje kolejną ogończę, jednak sporo mniejszą od poprzedniego egzemplarza. Ale na pewno niemniej smaczną. Przed dwunastą w południe stawiamy szmaty i dzielnie halsujemy na sąsiednią wysepkę Mayreau. Przy stawianiu foka omyłkowo luzujemy jego fał, szybko naprawiamy błąd. Wiatr nie przekracza 20 knotów, żegluga typowo turystyczna. Po drodze mijamy duży pasażerski cruiser. Stoi na kotwicy w zatoce Saline Bay. Wypluwa do motorówek turystów, zresztą niezbyt dużą ilość. Większość pasażerów takich jednostek w ogóle ich nie opuszcza. My łapiemy moornig w zatoce Salt Whistle Bay. Chyba najbardziej klimatyczna zatoczka na całych Karaibach. Ma kształt półksiężyca, piaszczysta plaża szerokości 20 metrów oddziela Morze Karaibskie od Atlantyku. Z tamtej strony niewielki przybój, ludzie ganiają na keitach. Od naszej strony spokój, bardzo ciepła woda, rajskie widoki. Zwiedzamy wyspę. Niektórzy tylko jej mały fragment, jutro mają dokończyć ekskursję. Potem wylegujemy się na plaży, sączymy drinki z lokalnej knajpy w cieniu palm. Niestety mohito również niedostępne, skończyła się mięta. Trudno, inne drinki też są do zaakceptowania. Potem odpalamy grilla na plaży, robimy steki i ogończę. Do tego kapka rumu. Nastrój bajkowy. W nocy wracamy na jacht. Olek i Aśka pozostają na lądzie, zostają w jednej z knajpek. Wracają późno w nocy z dużymi przygodami. Odwozi ich Krzysiek, skipper z innego jachtu, przez ponad godzinę nie mogą odnaleźć naszej jednostki. Skippera budzą krzyki z innych jachtów, nie są zbyt przyjazne dla błądzących. Daje sygnały błądzącym w nocy, miga światłem w kokpicie, ale to nic nie daje. W końcu zaginieni wchodzą na pokład, zresztą z niemałym trudem.

Postój: 120 38’ 875’’ N, 610 23’ 424’’ W

 

18/01/2020, sobota

W nocy znów jakaś większa sztuka urywa zestaw dla Romana. Wschodzi gorące słońce, tę deszczową pogodę mamy już chyba za sobą. Tutaj zresztą najwięcej leje w listopadzie i grudniu, styczeń – do przyjęcia. Zwłaszcza przy pogodzie panującej w kraju. Podpływa do nas nasz znajomy z wyżej wzmiankowanej łódki „Kocham Polskę”. Romek targuje dobrą cenę na homary na dzisiejszy wieczór. Wychodzi po 90 EC na głowę. To dobra cena jak na Tobago Cays. Na wyspie takie danie to koszt 70 EC. W zatoce stoi kilka jachtów pod naszą banderą, w tym dwa jachty z naszej ekipy pod dowództwem Krzyśka i Adama. Jest też tam niejaki Kropa. Po śniadaniu wypuszczamy się na ląd. Pozostawiony przez nas grill zniknął, i to nie w czeluściach morza. Zginęły też okulary Olka. Ale złodziej przynajmniej śmieci nam pozostawił. Niektórzy idą zwiedzać wyspę, reszta pławi się w wodzie. Plaża przecudna, miejsce niejednej oficjalnej widokówki. W południe na motorze przemieszczamy się na Tobago Cays. Zajmuje to 0,5 godziny. Jak zwykle sporo jachtów, ale i sporo wolnych mooringów. Przepływamy pomiędzy wysepkami, robią wrażenie. Przy wejściu nasz gostek z „Kocham Polskę” zachęca do złapania mooringu na wejściu do archipelagu, my walimy na sam koniec, najbliżej rafy Końskiej Podkowy. Tutaj łapiemy bojkę. Niebawem podpływa ranger, kasuje za postój, w tym opłata za rezerwat. Zaleca założenie drugiej cumy na mooring, co też robimy. Potem do wody. Opodal nas jest rezerwat żółwi. Jest ich sporo, różnej wielkości. Można je w zasadzie dotykać. Woda bardzo klarowna. Prąd w zasadzie nie istnieje. Żółwie oglądają wszyscy. Olek oraz skipper z kuszą wyjeżdżają na rafę. Jest co oglądać. Fajne rafki, sporo ryb różnej wielkości. Jest też duża barracuda, długości ok. 1,5 metra. Robi wrażenie. Skipper strzela kilka ładnych okazów, głównie papug. Przy ładowaniu do siatki ostatniej, dwie z niej się wydostają. Pozostaje jednak 5 przyzwoitych sztuk. Pojawia się nieoczekiwany gość. 1,5-metrowy rekin tępogłowy. Gatunek niebezpieczny dla człowieka. Ale on interesuje się tylko zawartością siatki - rybami. Pływa naokoło w odległości kilku metrów. Czasem zbliża się naprawdę blisko. Uderzenie kuszą powoduje, iż odskakuje na odległość 3 metrów. I wraca. Dalsze polowanie w tych warunkach nie ma sensu, szczególnie iż kusza też wymaga naprawy. Do jachtu jest 200 m. Trzeba płynąć na plecach, obserwując drapieżnika. To trochę spowalnia powrót. Rekin płynie to jednej, to z drugiej strony. A oczka ma naprawdę kaprawe. Odprowadza skippera do samego jachtu. Obok pojawia się ponton z Kropą, Krzyśkiem i zjawiskową niewiastą, też zauważyli pływającego gada. Skipper z rybami wdrapuje się na pokład. Rekin powoli odpływa. Załoga zbiera się na lunch na wyspie. Umówiona łódka przypływa wcześniej, prowadzi ją dwoje dzieci. Ładujemy się na konstrukcję i dopływamy na Petit Bateau. Tam kupa ludzi, w tym załogi Krzyśka i Tomka. Spotkanie ze znajomymi, klimat świetny. Langusty nieco nie dogrillowane, zbyt surowe. Ale trudno. Pod koniec imprezy występuje drobny problem. Żądają od nas zapłaty za drinki. Nikt nie informował, iż są dodatkowo płatne. Nasz klient z „Kocham Polskę” stanowczo żąda zapłaty. My stanowczo odmawiamy. Nie chodzi o drobne za napitki, ale o zasadę. Umowa to umowa. Straszą nas, że pozostawią na wyspie. Żaden problem, Krzysiek dopłynie pontonem, damy radę. W końcu lokales odpuszcza, odwożą nas na jacht. Może on i kocha Polskę, ale zdecydowanie bardziej kocha money. Nie taki sympatyczny, jakby się wydawało.

Postój: 120 38’ 016’’ N, 610 21’ 197’’ W            

19/01, niedziela

Wstajemy bez pośpiechu. W nocy silnie wiało. Druga lina do mooringu ma uzasadnienie. Widoki przecudne, woda ma wszelkie możliwe odcienie błękitu i malachitu. W tle oświetlone porannym słońcem wysepki archipelagu, piaszczysta plaża. Jemy śniadanie. Potem kilka osób pontonem wybiera się na rafę. Wiatr nie tak silny, jak w nocy, ale jednak ma animusz. Jest spory prąd, rozfalowana woda nie tak przejrzysta, jak wczoraj. Kręcimy trochę podwodnych ujęć i wracamy do jachtu. Polowanie z kuszą w takich warunkach nie ma szans powodzenia. Poza tym tępogłowy przyjaciel jest gdzieś niedaleko. Zapewne ma też kolegów. Życie na łódce toczy się niespiesznie. Nie ma żadnych terminów, każdy robi, co chce. Kambuz przygotowuje obiad, część jedzie na pobliską wysepkę Baradal. Wysepka przepiękna, w niecałą godzinę można obejść jej każdy zakamarek. Są czarno-czerwone żółwie lądowe oraz iguany. Zwinne, szybkie, dosyć trudno je podejść. Ale można. Po powrocie z Baradal zmieniamy mooring, cofamy się na zachód, pod osłonę naszej wysepki. Potem wszyscy zażerają się pieczoną pyszną karkówką. O niebo lepszą niż wczorajszy lobster. Naokoło pełno żółwi. Tutaj jest ich rezerwat. Jeden lub dwa są cały czas nieopodal jachtu, co jakiś czas podnoszą łepki obserwując nas tak jak my ich. Powoli ujawnia się frakcja zwolenników spożycia zupy żółwiowej. Nurt ekologiczny jednak silny. Poza tym i tak nie dysponujemy szlifierką kontową, bez niej nijak do gada się dobrać. Trzeba o niej pomyśleć na następnym rejsie. Potem znów kąpiele, na kuszę padają małe rybki na przynętę na noc. Wieczór upojny, nieco chłodniejszy. Jest czym oddychać. I jest nadal co podziwiać. W promieniach zachodzącego słońca barwy wysepek są jeszcze bardziej romantyczne. Skipper naprawia usterkę kuszy, część załogi udaje się na sąsiednią wysepkę Petit Bateau, tę samą, na której wczoraj była impreza. Od zachodu jest przepiękna plaża, obok niej tylko 3 mooringi z jachtami. Pozostali upajają się przepięknym zachodem słońca. Jutro mam przeskoczyć na Petit Nevis. Dystans 50 Mm, ale pod wiatr. Da radę.

Postój: j.w.

20/01, poniedziałek

Poranek pogodny, o 7-ej porzucamy mooring. Żegnamy przepiękne Tobago Cays z jego uroczymi plażyczkami. Oraz z rekinami na rafie hołubiących snurkujących żeglarzy. To jednak najprawdziwsza perła Karaibów. Przed nami wyspa wielorybników, do tego słoneczna pogoda, sympatyczny wiatr, ok. 20 knotów z NE. Po prostu żyć nie umierać. Z wyjątkiem drobnej usterki, rozlatuje się stoper lewego szota foka. Łódka po prostu po kawałku powoli się rozpada. Poza tym jacht nadspodziewanie dobrze radzi sobie z bajdewindem, osiągamy 7 kn. Jak na turystyczny katamaran (dwie wanny połączone belkami) zachowuje się nadspodziewanie dobrze. Dystans średni, licząc halsy ok. 50 Mm. Ale w tych warunkach to fajna przygoda. Śniadanie na morzu, potem jednym halsem docieramy na szerokość Bequii. Po prawej burcie pozostawiamy wysepkę milionerów – Mustique. Ponad nią są jeszcze dwie małe wysepki: Battowia i Baliceaux z możliwością kotwiczenia, ale skipper tam już był, a załoga jeszcze zdąży, jak kiedyś oczywiście zechce. Żeglugę dobrze znoszą wszyscy, nie ma śladu po morskiej chorobie, która męczyła co niektórych. Idzie przeżyć na oceanie w tropikach. Przed południem docieramy na Petit Nevis. Tutaj oprawiano złowione wieloryby. Są pozostałości kotłów, jakichś pomieszczeń gospodarczych oraz nie wiedzieć po co spory murek oporowy prowadzący w górę wyspy. Wybrzeże atlantyckie z pięknymi pochylonymi palmami i piaszczystą, ale niestety zabrudzoną śmieciami plażą. Skipper uzbrojony w kuszę snurkuje w poszukiwaniu muren, reszta załogi odkrywa terra novą. Kotwicowisko znakomicie osłonięte od wiatru i prądów. Nasza kotwica wbiła się pod skałę w kształcie litery V. Idealnie dopasowaną do kształtu naszej kotwy. Trzyma jak mooring. Jak ją wyrwać pomyślimy jutro, na noc daje znakomite zabezpieczenie. Chyba ze passat zmieni kierunek. Ale to już byłaby większa patologia niż rządy PIS-u w Kaczylandii, w co trudno zresztą uwierzyć. Pod wodą są rybki, ale te większe przemyślnie ukryte w podwodnych grotach. Nijak się do nich dobrać. Pojawia się stado kalmarów, za nimi ośmiornica. Trzeba przezbroić kuszę, w tym czasie głowonóg niknie w czeluści podwodnej groty. Ale nic straconego. Za chwilę jest następna, ta ma mniej szczęścia. Pomimo sporej głębokości, ok. 6-7 metrów, trafiona harpunem trafia do siatki. Tej samej, którym tak interesował się tępogłowy osobnik o złym spojrzeniu na Tobago Cays. Nieco później pojawia się mała murena. Nie zdąży uciec. W tym czasie załoga zdobywa szczyt wysepki. Robi fotki okolic, w tym naszego jachtu. W zaroślach jak wiele lat temu, widoczny mały camping dla pilnującego uprawy gandzi. Obecnie jest pusty. W tym samy czasie skipper morduje kolejną, dużo większą murenę. Ta już nie wchodzi do siatki, zbyt wielka. Na bełcie dojeżdża do jachtu. Tam chwila wytchnienia i znów pod wodę. Pod koniec penetracji pojawia się pod skałą kolejna duża murena. Nieco schowana, ale można się po nią schylić. Po chwili na katamaranie mamy 3 mureny i dwie ośmiornice (w tym jedna strzelona wcześniej). Ujdzie. Reszta ekipy melduje się na pokładzie. Na obiad 3 mureny, starczy dla wszystkich, kilka kawałków zostaje na drugi dzień. Na kolację ośmiornica we własnym sosie w ryżu z przyprawami. Jak zwykle skromnie, ale smacznie. 

Postój: 120 58’ 378’’ N, 610 14’ 868’’ W

21/01, wtorek

W nocy na głowę ustrzelonej wczoraj mureny łapie się kolejna, sporej zresztą wielkości. To dobre miejsce na te ryby, drzewiej było ich tutaj pełno. I nie wyginęły. Następnym razem jak wpadniemy na Karaiby, zapewne ponownie odwiedzimy to miejsce. I to nie tylko z powodu ciekawych widoków. Podniesienie kotwicy nie sprawia na szczęście najmniejszych problemów. Startujemy o 9-ej. Podnosimy żagle, mijamy West Cay na Beguii z wrakiem małego statku pomiędzy skałami. Potem zmiana kursu i idziemy na północ. Dystans nie jest długi, ale płyniemy poprzez Bequia Chanel. Dosyć wąski, więc ewidentnie zwiększa się siła wiatru, a i fale bardziej atakują. Każda wąska przestrzeń pomiędzy stromymi wyspami tworzy akcelerację dla wiatru, fal i prądów. Choć nie dla wszystkich jest to na początku oczywiste. Na wysokości naszego docelowego miejsca zrzucamy szmaty i pod wiatr idziemy na motorze. Dystans już niewielki, 8 Mm, ale pod stromą falę. Przed wejściem do Blue Lagoon, w zatoce Calliaqula Bay, Romek przez radio wywołuje marinę, pyta o wolne miejsca. Są na mooringach, jak też w marinie. Wejście do zatoki płytkie, pod falszkilami ok. 0,9 m. Jest to w zasadzie wyżłobione w rafie zagłębienie. Z tym że korale nadal rosną. Jest też drugie wejście, S.W. Chanel, nieoznakowane, kręte, dostępne tylko przy dobrej pogodzie. Jak jest choć trochę chmurek, kolor wody jednolity i wejście praktycznie nie do przejścia. My wybieramy to pierwsze. Zatoczka niewielka, marina też, choć mocno rozbudowana w stosunku do tego, co było tu jeszcze kilka lat temu. Nikt jak dawniej nie wypływa na pontonie pomóc w cumowaniu. Nie możemy złapać bojki, jacht nawraca kilkakrotnie. W końcu łapiemy bojkę od rufy, Edek zaczepia linę i biegnie na dziób. Stajemy rufą do kei. Podłączmy się do prądu. Zatoczka malownicza jak w bajce. Poza tym 100% bezpieczna. Romek i skipper idą się odprawić. Nowe państwo, do tego na pokładzie migrantka bez paszportu. Zgłaszamy 9 osób. Skąd przypłynęliśmy ? Z Martyniki. Gdzie płyniemy ? Juro rano na Martynikę. Dla pograniczników nie jest to jakiś problem, dla nas tym bardziej. Migrantów wspomagamy. Od razu załatwiamy odprawę powrotną na następny dzień. Potem trzeba z papierami zameldować się w biurze mariny. Tutaj tłusty murzyn spożywa posiłek. Nie jest zainteresowany naszym przybyciem. Czekamy. Zeżarcie obiadu zajmuje mu wyjątkowo dużo czasu. W tym czasie dzwonimy do gościa z serwisu naszej firmy, ten ma wolne. Przyjedzie ktoś inny. Za godzinę. W tropikach czytaj – za dwie. Załatwiamy formalności w biurze mariny, część załogi jedzie lokalnym taxi do sklepu po zakupy. Pojawia się facet, do którego dzwoniliśmy w sprawie wymiany rozwalonych stoperów. Ma miernik elektryczny w łapie, co źle rokuje. I rzeczywiście, on jest od elektryki, nie od osprzętu. Poleca nam drugiego w marinie. Ten przychodzi po godzinie. OK, naprawi. Mija kolejna godzina, przynosi jeden stoper, do fału pontonu. Nie pasuje. Ma drugi. Ten jest dobry, ale nie ma stopera do szota foka. Zamiast zamontować ten dobry, zabiera się i znika. Po jakimś czasie spotykamy typa, jak popija płyny fizjologiczne z kolegami w knajpce. Twierdzi, iż zamówił stoper, mają przywieźć, wtedy zrobi robotę, nawet w nocy. Mamy przeczucie graniczące z pewnością, iż nic nie zrobi. W marinie jest WiFi, wszyscy korzystają. Niektórzy delektują się lodami, inni wolą inne trunki. Część idzie „w miasto”. Skipper i Edek uzupełniają na bazie kasy alkoholowej stosowne trunki. Wieczór cichy i spokojny. Obok nas stoi spory rodzinny katamaran, na nim młoda kobieta z dwójką dzieci. Jej mąż włożył łapę nie tam, gdzie trzeba i urwało mu palec. Leżał w tutejszym szpitalu dwa dni. Nie zoperowali, bo nie było stanu zagrożenia życia. Przez okres pobytu w szpitalu do picia też nic nie dostał. Jak ktoś narzeka na naszą Służbę Zdrowia, proponuję, co by się tutaj leczył. Wzmiankowanego kalekę zabrali do macierzystej Kanady, rodzina pozostała na jachcie. Wieczór, woda zatankowana. Za wodę mamy zapłacić według uznania, liczniki nie działają. Wiemy, iż brakuje nam 500 litrów. W związku z tym, iż mamy kłopoty z systemem angielskim, wychodzi nam, że to równowartość 100 galonów. Kiedy przychodzi do płacenia, Romek funduje Pani Bosman loda (takiego prawdziwego, z lodówki) i kwestia opłaty za wodę została rozstrzygnięta. Cena ze wszech miar korzystna. Potem wszyscy wykąpani i odświeżeni idą spać. Spec od stoperów już się nie pojawił. Taki klimat.Postój: 130 07’ 633’’ N, 610 11’ 466’’ N

22/01, środa

Pobudka o 05.30, przynajmniej dla niektórych. Ablucje w marinie, śniadanie, o 06,50 wychodzimy z mariny. Żegna nas stado białych czapli, obsiadły okoliczne drzewa, wyglądają jak kwiaty. Uzupełniamy słodką wodę do wiader, w zbiorniku pełne 560 l. Słońce nie może przedrzeć się przez chmury. Jest bardzo ciepło i wilgotno. Wiatr w gr. 2 – 4 knotów, tafla wody gładka jak stół. Idziemy na silniku. Mirek ma dzisiaj imieniny, tradycyjny szampan i życzenia. Solenizant potrafi się zachować, funduje załodze butelkę Trois Riviers. Napitek rodem z Martyniki. Po 2 godzinach dopływamy do Wallilabou Bay. Zatoka piratów z Karaibów, ze słynną skałą wisielców. Trzaskamy fotki i jedziemy dalej. W następnej zatoce, Cumberland Bay rzucamy kotwicę. I do wody. Jest niezła rafa, ale brak słońca. Do zatoki uchodzi też rzeka, co powoduje zmętnienie wody przypominające zjawisko termokliny. Rafy całkiem fajne, ryb mało. Mirek ma spotkanie z wężem koralowym. Romek wyciąga doradę, skipper strzela rybę na przynętę na wieczór. O 10-ej start, niestety dalej na silniku. Passat zanikł kompletnie. Po wyjściu z cienia St. Vincent nieco zaczyna powiewać, stawiamy grota. Natychmiast po podniesieniu żagla wiatr cichnie. Za to zachmurzenie całkowite, zaczyna też trochę padać. W Saint Vincent Channel pojawia się długa fala. Oraz wichura. Całe 7 knotów. Za nami deszcz, przed nami deszcz. Brak wiatru, za to jest rozkołys. Nie jesteśmy tutaj dla przyjemności. Żagle łopoczą, włączamy motor. Żagle raz trochę pomagają, czasem spowalniają. Wiatr chwilowo w porywach osiąga 15 knotów, wtedy jedziemy na żaglach. Jak spada do 7-8 – tylko maszyna. Przeważają podmuchy 9 – 10 knotów. W sam raz na omegę na Mazurach. My mamy kawałek morza do pochłonięcia, turystyka – next time. Poza skipperem wszyscy śpią. Chmury pokrywają całe niebo, czasem pada lekka mżawka. Gdyby nie temperatura 28 C, można by pomylić pogodę ze styczniem w ojczyźnie. Info z kraju mówi coś o jakimś silnym burzowym wietrze w całym kraju. Może coś z tego udałoby się uszczknąć na Karaiby. Nie ma lekko, jak wspomniano wyżej, przyjemności tylko w Polsce. Ruch jachtów jak na Marszałkowskiej. Prawie wszystkie jak my, po stronie Morza Karaibskiego. Czasem mijamy się o kilkanaście metrów. Poza nimi duże wycieczkowe cruisery. W głębi morza kontenerowce. Fajne duże statki, pod warunkiem, że im kontenery za burtę nie wylecą, co czasem się niestety zdarza. Kontenery mają tę właściwość, że jak spadną do morza i od razu nie zatoną, dryfują tuż pod powierzchnią wody. Kontakt z takim ubotem jest najczęściej fatalny. Na wędkę Romana jest silne branie. Hamulec nastawiony za lekko, ryba natychmiast to wykorzystuje, błyskawicznie wysnuwa całą plecionkę i znika z nią w głębinie. Z dużymi okazami przegrywamy na tym rejsie haniebnie. Jak do tej pory to mecz do jednej bramki, naszej. Przez radio wywołujemy załogę Krzyśka. Stoją pod pitonami, mieli długi przelot. W rozmowę włącza się kolejny skipper z Polski, ale nie z naszej ekipy. Jest na samym południowym krańcu wyspy. My jesteśmy w tym momencie 13 Mm od Marigot Bay. Tam płyniemy. Teraz już tylko na silniku. 0,5 godziny przed zachodem słońca (i tak go nie widać, pierwszy taki dzień w tropikach), docieramy na miejsce. Wpływamy do zatoki, tam tłok. Wracamy na zewnątrz i rzucamy kotwicę, również w gęstwinie innych jachtów. Wiatr zero, za to pada, zachmurzenie całkowite. Niemniej kotwicowisko arcy bezpieczne, nie ma najmniejszej fali, ani powiewu. Jak to na oceanie. Zaczynamy spijać rum Mirka, włączamy z kompa szantami. Niektórzy powoli idą spać, pozostali idą w tany, zresztą nie tylko przy szantach. Muzyka z lat 60-tych też niezła. Jutro zatankujemy diesla (znacznie taniej niż na Martynice), spróbujemy złapać fachowca od napraw szkutniczych. Ten podany nam przez armatora na tej wyspie nie istnieje. Duch piratów z Karaibów nadal się nad nimi jednak unosi.Postój: 130 58’ 013” N, 610 01’ 672” W

 

23/01,czwartek      

Poranek słoneczny, upalny. Wpływamy do zatoki. Cumujemy przy pierwszym pirsie w niemałym tłoku. Cały czas kręci się mały prom, pływają lokalesi na motorówkach no i jacht. Wszystko na małej przestrzeni, przy ciasnym wejściu. Tankujemy 140 litrów diesla. Nieopodal jest sklep z podstawowymi produktami, tam uzupełniamy zapasy, wywalamy też śmieci. Na szczęście nikt nas nie wzywa do dokonania odprawy granicznej. Posterunek jest tuż przy stacji paliw. Unikamy niepotrzebnych kosztów (niektórym z naszej wyprawy kazano się jednak zameldować w państwie St. Lucia) i bez odprawy wypływamy. Na silniku, wiatru jak na lekarstwo. Możemy zapłynąć do Rodney Bay, tam firma Moorings ma pełny serwis, mogą wymienić stopery. To będzie jednak trwało nie wiadomo ile, szkoda naszego czasu. On jest tutaj najcenniejszy. Słońce coraz wyżej, temperatura też. Może jak wypłyniemy zza wyspy, coś dmuchnie. Wyspa powoli pozostaje za nami, wiatru nadal brak. Są powiewy do 10 węzłów, ale tylko powiewy. W połowie drogi na Martynikę tuż przed południem, zaczyna powiewać do 18 węzłów. Stawiamy pełne żagle i półwiatrem z prędkością 6 – 7 knotów płyniemy w kierunku naszej macierzystej wyspy. O 15-ej rzucamy kotwicę w zatoce Anse Noire. Mała zatoczka z ładną czarną plażą, krystalicznie czystą wodą i ładnymi rafami. Do późnego popołudnia snurkujemy. Rybki raczej wielkości akwariowej, ale ładne i jest ich sporo. Na środku zatoki, przy dnie, pojawiają się większe egzemplarze, ale na wędkę nie chcą się łapać. Pod wieczór przemieszczamy się do nieopodal leżącej zatoki Grand Anse. Łapiemy mooring. Po kolacji rozkręca się impreza. Nastroje bardzo dobre, pokreślone nutką rumu. W końcu to zielona noc. Tańczą wszyscy, niemniej furorę robi Olek, wykonując „taniec pośladków” oraz na koniec częściowy striptease. Późno w nocy walimy się spać.

Postój: 140 30’ 294” N, 610 05’ 350” N

24/01, piątek

Skoro świt skipper przemieszcza jednostkę na sąsiednią Petit Anse D’ Arlets. Tam na kotwicy kąpiemy się do południa. Woda bardzo czysta, zero prądu, fajne rafy. I fajne ryby. Jest co oglądać. Dzisiaj rejs praktycznie się kończy. Do 16-ej musimy zameldować się w marinie. Przed tym trzeba jeszcze trochę dolać paliwa. Oddajmy jacht z pełnym zbiornikiem. W południe zaczynamy ostatni etap styczniowej eskapady. Wiatr jest, oczywiście w mordę. Płyniemy kilkanaście mil na motorze. Jak zwykle obok jachtu latające ryby w standardzie. W oddali majaczą Pitony na St. Lucii. Widoczność doskonała, pełne słońce, bardzo ciepło. W marinie jesteśmy przed 14-ą. Na stacji paliw sjesta, wszystko zamknięte. Jesteśmy trzecim w kolejce jachtem do tankowania. Łapiemy mooring, po niecałej godzinie uzupełniamy niewielką ilość paliwa i cumujemy do kei o 14,40. To koniec naszej wyprawy. Zrobiliśmy 407 mil, z tego 216 na żaglach, 181 na silniku. Zgłaszamy chęć zdania jachtu, ale to nastąpi dopiero jutro. Popołudnie upalne, brak wiatru, ale słońca nie brakuje. Niedaleko mariny jest spory market, tam jeszcze robimy drobne zakupy. Skipper stawia szampana (w końcu Francja), załoga śpiewa „sto lat”. Dobijają łódki z naszymi znajomymi. Przed 16-ą wszyscy są w komplecie. Wieczorem ostatnia wspólna kolacja, potem każdy robi co chce. Na naszym jachcie rozwija się znów impreza, tańczą jak zwykle wszyscy. Ostatnia noc na łajbie w Le Marin w styczniu 2020 roku.

Postój: 140 28’ 174” N, 600 52’ 053” W

25/01, sobota

O 9-ej zjawia się bosman, odbiera jacht. Zgłaszamy usterki: stopery i uszkodzony jeden pełzacz grota oraz brak grilla. Wspominamy też o nieprawidłowym sygnalizowaniu chłodzenia w prawym silniku. Facet ocenia łódkę bardzo dokładnie. Dno sprawdza nurek, nasz krajan (poznany zresztą 7 lat temu). Jest tutaj od 10 lat. Wracać jakoś do Kaczylandii nie chce. My musimy. Potem odprawa graniczna. Chętnych sporo, trochę to trwa. Klawiatura francuska, obca dla większości cywilizowanych ludzi - no i kto w końcu żabojadów widelcem jeść uczył? W tym czasie część załogi dzieli wspólną kasę pomiędzy siebie. Część już wyjeżdża. Asia, Olek, Mirek i skipper pozostają dłużej, ze „Słoneczną Martyniką” jadą na wycieczkę. Skipper z własnej kieszeni płaci za grilla - 100 Euro. Reszta nie poczuwa się do obowiązku pokrycia kosztów, 10 Euro na osobę to chyba stanowczo przekracza możliwości finansowe ekipy. Najdosadniej ocenia to Mirek: poważnie pomyśli co do wydatkowania tak ogromnej sumy, rozważy ten brzemienny w skutki krok. No cóż, jakaś biedota pływała na tym rejsie. Do pozostałych usterek nikt z firmy czarterowej nie rości żadnych pretensji.

Krótkie podsumowanie. Katamaran Lagoon 400 S2 jest doskonałym jachtem turystycznym. Jedynym mankamentem jest w zasadzie nadmiar łazienek. Jest ich cztery, każda przypisana jednej kabinie. W zupełności wystarczyłyby dwie, położone centralnie w pływakach z bezpośrednim wejściem z korytarza. Pozostałe miejsce można by wykorzystać na szafki. Wszystkie sznurki odprowadzone do stanowiska sternika. Elektryczny, dwubiegowy kabestan, znakomicie ułatwia obsługę żagli. Warto by jeszcze doprowadzić tam pilot windy kotwicznej – choć może nie wersji czarterowej. Jak na jednostkę przeznaczoną na wynajem jacht dożaglowany. Można by się co prawda pokusić o drugi sztag z genuą oraz o zainstalowanie mieczy. No ale to nie Catana. Jacht pływa dobrze, z wiatrem w dobrych warunkach płynie z prędkością 10 knotów. Pod wiatr robi do 7 węzłów, choć tak jak każdy katamaran ma istotny dryf (oczywiście z wyjątkiem Catany… ). Manewrowanie proste, jacht doskonale słucha sterów. Silniki o dostatecznej mocy. Bardzo dobrze rozplanowana messa i kokpit. Kabiny jak na niewielki w sumie jacht przestronne. Oczywiście nie dotyczy to kabin dziobowych – skipperskich. Bardzo dobrym pomysłem jest wydzielenie na górze przedziałów silnikowych miejsca na różne szpeje, głównie płetwy, maski i podobne barachło. Ogólnie ocena bardzo pozytywna. No, ale gdyby jeszcze dodali tylko te miecze…

Akwen doskonale znany dla wszystkich żeglarzy z całego świata. Chyba najlepszy teren dla uprawiania tej formy rekreacji na całym globie. Bardzo przyzwoita temperatura powietrza, stały kierunek i siła wiatru, dobrze osłonięty akwen, jeśli płynie się po stronie Morza Karaibskiego. Mnóstwo pięknych postojówek, dużo mooringów. W wielu miejscach, gdzie stoi się na kotwicy wachty kotwiczne są zupełnie zbędne. Sporo marin oraz miejsc, gdzie można zabunkrować wodę, wyrzucić śmieci. Z aprowizacją też nie ma najmniejszego problemu. Piękny świat podwodny, sporo ryb i ładnych raf. Bajkowe wysepki z ładnymi plażami. Jedyny problem do kradzieże, tutaj na porządku dziennym. Kto był tutaj raz, zawsze powróci. Naprawdę warto.

Firma czarterowa solidna, godna polecenia (Corail Caraibes). Choć z serwisem na wyspach lekki kłopot. Łódki w dobrej cenie wynajęte za pośrednictwem Magdy Koczewskiej (Leo Yachting).

Załogę stanowili: Edek, Ewa R, Zosia, Roman, Robert, Ewa M, Mirek, Olek, Joasia, oraz skipper – Jurek Cygler.

Tagi: Karaiby, rejs
TYP: a3
0 0
Komentarze