Polskie żeglarstwo startowało wraz z odzyskaniem niepodległości (cz. 1.3)

środa, 15 października 2014
Zbigniew Klimczak
WSTĘP

Tak się złożyło w naszej trudnej historii Polski, że historię polskiego żeglarstwa zaczęliśmy „pisać” wraz z odzyskaniem Niepodległości, a nawet ciut wcześniej.

Żmudnej pracy opisania tej historii podjęli się Aleksander Kaszowski i Zbigniew Urbanyi w monumentalnym dziele „Polskie jachty na oceanach” Polskie jachty na oceanach[Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1986]. Nieżyczliwi, jakich w Polsce zawsze jest pod dostatkiem, zarzucali autorom serwilizm wobec władz PRL. Rzeczywiście, w słowie „Od Autorów” czytamy w pewnym miejscu: Poparcie władz i szeroki dostęp do morza stworzyły zupełnie odmienne warunki rozwoju sportu żeglarskiego (!). A jak Szanowni Autorzy mieli sobie zapewnić przychylność cenzury i wydanie tak obszernej książki?! Już kawałek dalej używają eufemizmu ...mimo przejściowych trudności (!). Ci, którym dane było żyć w tamtych czasach wiedzą, co się kryło za tym określeniem! De facto dopiero 3 lata po śmierci J. Stalina nastąpiła odwilż w sprawach żeglarstwa, a w 1959 roku uruchomiono drugi, po Jastarni, ośrodek szkoleniowy PZŻ w Trzebieży. Miałem „przyjemność” napełniać sienniki słomą na rozpoczęcie I turnusu w lipcu 1959 r.

W książce utrwalone zostały osiągnięcia polskich żeglarzy i polskich jachtów. Wspomniana książka jest niedostępna, a rosną kolejne pokolenia, dla których historia dokonań polskich żeglarzy jest białą plamą. W 2004 r. minęło 80 lat od zarejestrowania Polskiego Związku Żeglarskiego i z wielką pompą przygotowywano to jako 80-lecie tego związku. Sugerowałem, aby z tej okazji wznowić to wydanie - bezskutecznie. Wmawiano nam, że Jubileusz PZŻ jest tożsamy z historią polskiego żeglarstwa. Wielka szkoda, bo kto czytał tę książkę, przekona się, że historia związku a historia żeglarstwa to dwie różne sprawy i musi pochylić czoła nad skalą gigantycznej pracy jaką wykonali Autorzy. Szkoda, że wiele pokoleń żeglarzy nie ma do niej dostępu. Dalej nie tracę nadziei, że jednak druk zostanie wznowiony. Mamy teraz 90-lecie, a za 10 lat okrągłe stulecie! Może?

Korzystając z tej pozycji literatury żeglarskiej, dokonując wyboru najważniejszych wydarzeń i z konieczności - olbrzymich skrótów, postanowiłem dla tych, których to interesuje, napisać co niżej. Macie wolny wybór, bo były czasy kiedy znajomość historii polskiego żeglarstwa była obowiązkowa na egzaminie. Od tego czasu chyba datuje się niechęć młodzieży do zapoznawania się z historią :) Kto potrafi dotrzeć do książki, gorąco polecam i zacytuję na koniec wstępu słowa Autorów: Chcielibyśmy, aby ten przegląd naszych żeglarskich osiągnięć na morzu przypomniał o radości i pełni życia, jakie znaleźć można pod żaglami, przypomniał o tych cechach charakteru, które wyrabia żywioł morski – o odwadze, przytomności umysłu, szybkiej orientacji, poczuciu koleżeństwa, czasami autentycznej przyjaźni, wreszcie o uporze i cierpliwości.

Autorzy piszą na koniec: Rozrosło się i okrzepło nad podziw to nasze morskie żeglowanie. Coraz trudniej będzie znaleźć trasę pionierskiego rejsu. Niedługo będzie to niemożliwe. Wówczas zaczniemy pływać śladami naszych poprzedników.
Nie szkodzi – tak naprawdę to najważniejsze jest samo żeglowanie.
To do Was, drogie Koleżanki i Koledzy, młodzi żeglarze, a nawet zaliczki na żeglarzy!
Czytajcie i idźcie śladami swoich wielkich poprzedników.



Opracował na podstawie książki „Polskie jachty na oceanach” Aleksandra Kaszowskiego i Zbigniewa Urbanyi (odszedł na Wieczną Wachtę) i obszernych skrótów dokonał
Zbigniew Klimczak


Uwaga: wszystkie mapki, zdjęcia oraz oryginalne teksty pochodzą z tej książki. Na publikację tej formy przypomnienia o historii wyraził zgodę współautor, Pan Kapitan Aleksander Kaszowski, za co Mu w imieniu nas wszystkich serdecznie dziękuję.
Zbigniew Klimczak

Odcinek I cz.3.

Pierwszy polski samotnik

Samotnych polskich żeglarzy kojarzymy z takimi nazwiskami jak Andrzej Urbańczyk, Leonid Teliga, Henryk Jaskuła czy Krzysztof Baranowski. A jednak mieli oni dużo wcześniejszego bohatera. Jest nim urodzony w 1907 r. w Krakowie Erwin Weber.

Jest i drugi powód, aby pisać o nim. Los sprawił, że poznał się i nawiązał dobre stosunki z będącym u szczytu sławy Alainem Gerbaultem. Porzucił karierę inżyniera, o jakiej marzyła dla niego rodzina. Dość powiedzieć, że czytanie książek m.in. Alaina Gerbaulta niesie go na Tahiti, gdzie po zmiennych losach, pewnego dnia widzi w porcie Papeete, piękny slup swego mistrza duchowego z napisem na rufie „Alain Gerbault”. Jak Autorzy opisują początek tej znajomości i jej efekty dla Webera (tekst wg książki):

Już po paru tygodniach zastajemy naszego bohatera na pokładzie statku „Boussole", który po opuszczeniu Marsylii 26 stycznia 1933 roku popłynął na Tahiti. Ciekawe, że Weberowi 38-dniowa podróż morska wydała się monotonna i nie bardzo go interesowała. Bardziej interesujące były postoje, zwłaszcza na Martynice, która oczarowała go barwnością i bogactwem tropikalnej przyrody. Równie piękna wydała się Tahiti, na którą 5 marca Erwin Jerzy zszedł z pokładu „Boussole". Można powiedzieć, że znalazł się w raju na Ziemi. Co prawda prędko okazało się, że w tym raju bez pieniędzy cudzoziemcowi będzie niełatwo. Zawód inżyniera elektryka nie był na tej wyspie najbardziej poszukiwanym, a zresztą o pracę w ogóle nie było łatwo. Trzeba się imać różnych, zgoła nieprawdopodobnych zajęć. Od prób malowania, przez pracę na plantacjach, do statystowania w filmie. W „wolnych" chwilach lektura, wśród wielu autorów oczywiście Alain Gerbault. Staje się on dla Webera kimś w rodzaju wzorca. Z listu do matki 2. czerwca 1934 roku dowiadujemy się, że tak jak słynny Francuz, chce włóczyć się po świecie i pisać. Ma nawet koncepcję jachtu, niewielkiej 7. metrowej jednostki, którą ze względu na koszty chce budować sam w Polsce, by z Gdyni wyruszyć w swój wielki rejs.

W jaki sposób Weber nie tylko poznał Gerbaulta, ale zbliżył się do niego, trudno powiedzieć, wszak wielki Francuz był na wyżynach swej sławy, niedostępny, zamknięty w sobie i stroniący od ludzi. Tak czy inaczej Francuz i Polak zaprzyjaźnili się, a rady i wskazówki Alaina sprawiły, że Erwin postanawia budować jacht na miejscu i na serio zabiera się do nauki nawigacji. Niedługo już w trakcie korespondencji z rodziną prosi o przesłanie pieniędzy niezbędnych na budowę pachtu, w liście do brata z lipca 1935 napisze z dumą: „Piszę obecnie książkę o obliczeniach nawigacyjnych; nie mógłbym tego robić, jeżeli bym się nie znał na tym doskonale. Jestem pewny, że mógłbym zapędzić w kozi róg 90 proc. tutejszych kapitanów ze świadectwami, jeżeli chodzi o nawigację". Mocno powiedziane! Z dalszej treści listu dowiadujemy się, że na swoim koncie Weber ma pierwsze praktyczne kontakty z morzem, z których jest bardzo zadowolony, bo pisze: „Jestem więc pewny siebie co do prowadzenia statku i mam realne podstawy, by być pewnym siebie".

W każdym razie gdy Gerbault w lipcu 1935 roku ponownie odwiedził Tahiti i spotkał się z Weberem, musiał przyznać, że młody Polak nie marnował czasu. Toteż gdy stocznia w Papeete wystawiła na sprzedaż za niewielką cenę mały mocny kuter, zbudowany z drewna kaori, z ołowianym balastem, o długości 6,2 m i szerokości 2,0 m, mógł z czystym sumieniem gorąco polecać Erwinowi, by skorzystał z niebywałej okazji.

Ten jacht miał kupić nie marzyciel i romantyk, ale człowiek, który praktycznie zaczął poznawać tajniki żeglowania, dla którego nawigacja nie stanowiła problemu. Wspólnie obejrzeli kadłub, każdy jego szczegół i musieli przyznać, że robota stoczni była rzeczywiście solidna. Gerbault obiecuje podarować Weberowi grotżagiel z „Firecresta", z którego można by uszyć żagle dla nowej jednostki, i swój zegarek używany w czasie jego przejścia Atlantyku. Gdyby tylko rodzina w Krakowie zechciała wysłuchać licznych próśb młodego obieżyświata.

W końcu nadszedł długo oczekiwany dzień: w ręku Webera znalazł się przekaz na pieniądze. Nie była to żadna darowizna, po prostu oprocentowana pożyczka udzielona przez jednego z braci. W dniu 20 sierpnia za sumę 11 500 franków (3800 zł przedwojennych) Weber stał się właścicielem „Farysa", tak go bowiem nazwał. Młody armator niezwłocznie przystąpił do wykonania szeregu przeróbek, mających przystosować mały jacht do oceanicznej żeglugi. Korzystał ze wskazówek i rad przyjaciela i mistrza. Kosztem dalszych 4000 franków przetaklowano „Farysa" z kutra na kecz — nowy grotmaszt sięgał 8 metrów ponad pokład — wzmocniono pokład, przebudowano wnętrza i zamontowano 90-litrowy zbiornik na wodę.

Farys

Gdy 20 października jacht został zwodowany, natychmiast stał się jedynym domem Webera, namiot bowiem został już wymieniony na używany sekstant. Słusznie, bo bez namiotu na morzu można się obyć, bez sekstantu - nie.

Trasa rejsu Webera

Już wcześniej kapitan portu Papeete wyraził zgodę na podniesienie na jachcie Webera polskiej bandery, toteż na początku listopada do Kapitanatu Portu w Gdyni płynie prośba o rejestrację tam jachtu, a na bezanie „Farysa" powiewa polska bandera - pierwsza, jaką zobaczono na Tahiti. Wspólna wyprawa wielkiego „Alaina Gerbaulta" i małego „Farysa" do Moorea w ciągu sześciu dni jej trwania dała polskiemu żeglarzowi sporą porcję praktyki i wiary w dzielność jachtu. Po powrocie do Papeete następuje rozstanie: Francuz wyruszył w dalszy rejs, a Erwin pozostał w porcie, by dokończyć przygotowania do planowanej na marzec podróży na Hawaje. Zapoznanie się z warunkami pogodowymi i przestrogi doświadczonych żeglarzy spowodowały zmianę celu rejsu: zamiast pchać się pod wiatr na Hawaje, popłynie do Nowej Zelandii.

Przecież jego pragnieniem jest zwiedzać wyspy Pacyfiku, zwłaszcza te najmniej poznane i opisywane, a takich w drodze do Nowej Zelandii nie zabraknie. Data 29 lutego 1936 roku jest w pewnym sensie datą historyczną dla polskiego żeglarstwa.

Tego dnia o godzinie 16.00 wyszedł z Papeete „Farys" z pierwszym polskim samotnikiem na pokładzie (tyle dosłownie z książki).

Pełna przygód włóczęga po Pacyfiku, od Tahiti, przez wyspy Bora-Bora, Ratoronga, Pago-Pago, Wyspy Samoa i Fidżi aż do Auckland w Nowej Zelandii, po przebyciu 3200 mil, w tym 1000 mil samotnej żeglugi, kończy się 8 listopada. Plany ponownej żeglugi na wyspy Tonga, jaką rozpoczął 1 maja 1938 r. nie powiodły się. W sztormie z 17 na 18 maja traci zegarek obserwacyjny i musi zawracać. Po dwóch tygodniach ciężkiej żeglugi ponownie zawija do Auckland i definitywnie żegna się z jachtem i żeglugą.

cdn.
TYP: a3
0 0
Komentarze
TYP: a2

Kalendarium: 12 December

"Gipsy Moth IV" z Francisem Chichesterem w okołoziemskim samotnym rejsie dopłynął do Sydney, jedynego portu etapowego w tym rejsie.
poniedziałek, 12 grudnia 1966
W drodze do Grecji, w odległości ok. 80 Mm na zachód od wybrzeży Korsyki zatonął w czasie parogodzinnego sztormu s/y "Zew Morza". Załoga po ewakuacji na tratwy ratunkowe, po całodziennym dryfowaniu została uratowana przez statek bandery francuskiej.
sobota, 12 grudnia 1981