Polskie żeglarstwo... (cz. 10). Krzysztof Baranowski okrąża świat

środa, 14 stycznia 2015
Zbigniew Klimczak
WSTĘP

Tak się złożyło w naszej trudnej historii Polski, że historię polskiego żeglarstwa zaczęliśmy „pisać” wraz z odzyskaniem Niepodległości, a nawet ciut wcześniej.

Żmudnej pracy opisania tej historii podjęli się Aleksander Kaszowski i Zbigniew Urbanyi w monumentalnym dziele „Polskie jachty na oceanach” Polskie jachty na oceanach[Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1986]. Nieżyczliwi, jakich w Polsce zawsze jest pod dostatkiem, zarzucali autorom serwilizm wobec władz PRL. Rzeczywiście, w słowie „Od Autorów” czytamy w pewnym miejscu: Poparcie władz i szeroki dostęp do morza stworzyły zupełnie odmienne warunki rozwoju sportu żeglarskiego (!). A jak Szanowni Autorzy mieli sobie zapewnić przychylność cenzury i wydanie tak obszernej książki?! Już kawałek dalej używają eufemizmu ...mimo przejściowych trudności (!). Ci, którym dane było żyć w tamtych czasach wiedzą, co się kryło za tym określeniem! De facto dopiero 3 lata po śmierci J. Stalina nastąpiła odwilż w sprawach żeglarstwa, a w 1959 roku uruchomiono drugi, po Jastarni, ośrodek szkoleniowy PZŻ w Trzebieży. Miałem „przyjemność” napełniać sienniki słomą na rozpoczęcie I turnusu w lipcu 1959 r.

W książce utrwalone zostały osiągnięcia polskich żeglarzy i polskich jachtów. Wspomniana książka jest niedostępna, a rosną kolejne pokolenia, dla których historia dokonań polskich żeglarzy jest białą plamą. W 2004 r. minęło 80 lat od zarejestrowania Polskiego Związku Żeglarskiego i z wielką pompą przygotowywano to jako 80-lecie tego związku. Sugerowałem, aby z tej okazji wznowić to wydanie - bezskutecznie. Wmawiano nam, że Jubileusz PZŻ jest tożsamy z historią polskiego żeglarstwa. Wielka szkoda, bo kto czytał tę książkę, przekona się, że historia związku a historia żeglarstwa to dwie różne sprawy i musi pochylić czoła nad skalą gigantycznej pracy jaką wykonali Autorzy. Szkoda, że wiele pokoleń żeglarzy nie ma do niej dostępu. Dalej nie tracę nadziei, że jednak druk zostanie wznowiony. Mamy teraz 90-lecie, a za 10 lat okrągłe stulecie! Może?

Korzystając z tej pozycji literatury żeglarskiej, dokonując wyboru najważniejszych wydarzeń i z konieczności - olbrzymich skrótów, postanowiłem dla tych, których to interesuje, napisać co niżej. Macie wolny wybór, bo były czasy kiedy znajomość historii polskiego żeglarstwa była obowiązkowa na egzaminie. Od tego czasu chyba datuje się niechęć młodzieży do zapoznawania się z historią :) Kto potrafi dotrzeć do książki, gorąco polecam i zacytuję na koniec wstępu słowa Autorów: Chcielibyśmy, aby ten przegląd naszych żeglarskich osiągnięć na morzu przypomniał o radości i pełni życia, jakie znaleźć można pod żaglami, przypomniał o tych cechach charakteru, które wyrabia żywioł morski – o odwadze, przytomności umysłu, szybkiej orientacji, poczuciu koleżeństwa, czasami autentycznej przyjaźni, wreszcie o uporze i cierpliwości.

Autorzy piszą na koniec: Rozrosło się i okrzepło nad podziw to nasze morskie żeglowanie. Coraz trudniej będzie znaleźć trasę pionierskiego rejsu. Niedługo będzie to niemożliwe. Wówczas zaczniemy pływać śladami naszych poprzedników.
Nie szkodzi – tak naprawdę to najważniejsze jest samo żeglowanie.
To do Was, drogie Koleżanki i Koledzy, młodzi żeglarze, a nawet zaliczki na żeglarzy!
Czytajcie i idźcie śladami swoich wielkich poprzedników.



Opracował na podstawie książki „Polskie jachty na oceanach” Aleksandra Kaszowskiego i Zbigniewa Urbanyi (odszedł na Wieczną Wachtę) i obszernych skrótów dokonał
Zbigniew Klimczak


Uwaga: wszystkie mapki, zdjęcia oraz oryginalne teksty pochodzą z tej książki. Na publikację tej formy przypomnienia o historii wyraził zgodę współautor, Pan Kapitan Aleksander Kaszowski, za co Mu w imieniu nas wszystkich serdecznie dziękuję.
Zbigniew Klimczak

Odcinek X

Krzysztof Baranowski okrąża świat

W tych samych latach polscy żeglarze notowali i na innych wodach wspaniałe sukcesy. Pojawili się następcy Leonida Teligi. Oto co czytamy w omawianej książce.

Z lodów dalekiej północy i pływania „wzdłuż” wróćmy do rejsów „wokół”. Na polskich żeglarzy ciągle jeszcze czeka trasa okołoziemska przez trzy przylądki: Dobrej Nadziei, Leeuwin i Horn. Przez lata uważano, że trasa ta jest niemożliwa dla żeglarzy sportowych. Dopiero w 1942 r. argentyński żeglarz Viti Dumas na keczu „Lehg II” pokonał tę trasę (między czerwcem 1942 r. a sierpniem 1943 r.). Na następnego śmiałka trzeba było czekać dwadzieścia trzy lata, kiedy to Francis Chichester na keczu „Gipsy Moth IV” dokonał podobnego wyczynu. Potem byli dalsi: Alec Rose, Robin Knox-Johnston pokonał trasę non-stop i Chay Blyth na keczu „British Steel”. Ten ostatni dokonał większego i trudniejszego wyczynu, bo popłynął w odwrotnym kierunku pod prąd i pod wiatr. Okrążył kulę ziemską w żegludze non-stop w ciągu 292 dni. Do lipca 1972 r. było ośmiu żeglarzy, którzy opłynęli ziemię, kiedy to z Newport nadeszła wiadomość, która zelektryzowała polskich żeglarzy. Kapitan Krzysztof Baranowski po ukończeniu na „Polonezie” atlantyckich regat samotników zgłosił propozycję i uzyskał aprobatę na dokonanie podróży okołoziemskiej szlakiem ryczących czterdziestek. Chyba coś mu chodziło po głowie znacznie wcześniej, bo już w trakcie budowy jachtu zgłaszał sugestie dotyczące przygotowania jachtu do takiej podróży, a więc pokład bez nadbudówki, stalowe maszty, odpowiednie otaklowanie. Start w regatach samotników miał być rodzajem ostrego treningu. A trening ten był jak najbardziej wskazany ze względu na to co go czekało.

Klasyczny szlak kliprów prowadzi z Wielkiej Brytanii jak popłynął F. Chichester, ale pamiętamy, że Krzysztof Baranowski był już w Newport. W obu wypadkach droga wiodła na południe poniżej 40ºS, czyli w królestwo silnych wiatrów zachodnich, w ryczące czterdziestki i jeszcze dalej w wyjące pięćdziesiątki, aby pokonać ostatni przylądek - Horn. Na tych szerokościach nie ma już żadnych lądów z wyjątkiem Ameryki Południowej, więc na tym bezkresie oceanu fale pędzą z wiatrem na wschód, nie znajdując żadnej przeszkody. Lecą jak ptaki wokół kuli ziemskiej nakładając się i rosnąc niebotycznie w kolejnych sztormach. Kulminacyjnym momentem jest zejście aż do 57º S, aby minąć Horn. Tam pogoda jest jeszcze gorsza.

Rejs Poloneza

Wysunięty daleko na południe przylądek zakłóca przepływ mas powietrza i warunki stają się krańcowo trudne. 40% wszystkich wiatrów to wiatry sztormowe, a przeciętnie trzy dni w miesiącu wieją huragany. Fale osiągają wysokość 20-25 m. W takich warunkach Krzysztof Baranowski zaliczył trzy wywrotki, a opisy stanu jachtu po każdej z nich wskazują, że nie przesadzał. Piszę o tym, bo możecie napotkać w literaturze poświęconej temu rejsowi wypowiedzi zawistnych ludzików, że on to wymyślił.

Jak to opisuje sam bohater:

„Kątem oka widzę tę falę. Zjawiła się znikąd, jak większość tych gór wyrastających z wodnej kipieli. Nad rufą «Poloneza» wyrosła ściana! Wparłem się nogami w kokpit, a wolne ramię wsunąłem pod zaknagowane liny. Ogarnięty wodą niczym poduszką, tracę wzrok i słuch. Unosi mnie wodna lawina... «Polonez» wstał. (...) Wszystko ocieka wodą. Napieram na ster, by odpaść do pełnego wiatru, nim nadbiegnie następna fala. Jak się to stało?"

Zejściówkę zakrywa greting, na którym przed chwilą stał żeglarz. W jachcie pełno wody i kosmiczny bałagan. Z wnętrza dobiega wyraźny głos wywołujący przez Gdynię-Radio „Poloneza". Baranowski pompuje wodę jednocześnie sterując. Jest odwrócony twarzą do nadbiegających fal. Jeszcze nie doszedł do siebie po tym ciosie, gdy znowu widzi olbrzymią spienioną falę pędzącą ze złowrogim rykiem na jacht.

„Chcę, by to było przywidzeniem (...). Wiem, że to koniec, że nie pomoże żaden kurs i żadna teoria. A jednak próbuję ruszyć rumplem w lewo i w prawo, by zobaczyć, czy jacht zareaguje. Nie ma to najmniejszego znaczenia. Skuliłem się w kokpicie przy pompie pod krzesełkiem. Mój krzyk ginie pod wodą... Krztusząc się i prychając wracam z wycieczki do wieczności. Patrzę ze zdumieniem na stojące maszty i greting, ciągle barykadujący zejściówkę, sprawdzam, że ster działa, a fok sztormowy ciągle trzyma się na sztagu, choć kilka nowych raks puściło. Pompuję niemal odruchowo, znów zwrócony twarzą do rufy. Ale nie widzę już dobrze. Oczy pieką solą, zapadł zmierzch, w sercu rozpacz. Trzęsę się z zimna i wrażenia. Jeszcze przez chwilę steruję, ale to beznadziejne. «Polonez» znów się wywrócił, choć nie był to sztorm «ostateczny». Dlaczego?"

Baranowski ma dość. Zrzuca fok sztormowy, wyciąga na pokład linę wleczoną za rufą, ustawia jacht w dryf. Wsuwa się do zrujnowanego wnętrza, z którego ciągle dobiega spokojny głos operatora Gdyni-Radio. Głos z innej planety. Nad zmaltretowanym jachtem zapadła czarna noc. Pod pokładem krajobraz po bitwie. Podłoga, materace, koce, puszki, mapy, termos, wszystko zmoczone i skotłowane, zmieszane z potłuczonym szkłem. Na suficie brudne ślady wody z zęzy. Rozpacz i zgroza. Jakimś przebłyskiem energii Krzysztof zrzuca z siebie mokre ciuchy i wkłada inne, cudem nie zmoczone. Zabiera się do pracy. Byłe jakiej. Choćby układanie porozwalanych puszek. Trzeba coś robić, by nie myśleć.

„Właśnie układam puszki na prawej burcie poniżej zejściówki. Znajomy syk, uczucie nieważkości i, zanim mogę się czegokolwiek złapać, wylatuję jak z katapulty na szafki kuchenne. Rozbita głową szafka idzie w mahoniowe drzazgi...

Teraz widziałem! Widziałem, z jaką łatwością mój świat (...) staje na głowie".

Jeszcze trochę ogłuszony wygląda na pokład. Maszty nadal stoją. Olinowanie bezana jest luźne, salingi grota pogięte, a może połamane, lewe stójki relingowe pogięte, z kokpitu wymiotło wszystko co ruchome, bom turla się po pokładzie. Ale maszty stoją! Po trzech wywrotkach! Trzeba będzie się mocno napracować, ale „Polonez" znów pożegluje. Żeglarz jest wykończony. Wybrał jeszcze linę znów wlokącą się w wodzie, umocował bom i zszedł do mesy. Na zawietrznej koi zapadł w zbawienny sen. „Polonez" dzielnie trwał w sztormowym dryfie.

Poranek wstał chmurny i ponury. Ocean nadal toczył olbrzymie fale, może tylko nie tak zaciekłe i napastliwe. Wiatr wył w olinowaniu nadal sztormową nutę, chociaż w niższej tonacji. Gdyby postawić żagle, można by pożeglować, ale przedtem trzeba naciągnąć olinowanie bezana, spróbować wyprostować wyłamany saling, a zwłaszcza klarować wnętrze jachtu nadal przedstawiające rozpaczliwy obraz.

Baranowski zabiera się do klarowania. Rozwiesza mapy, sztauje puszki, mocuje podłogę, klaruje koje i co chwila stwierdza braki różnych przedmiotów. Zaginął gdzieś komplet kluczy do silnika, nie można znaleźć nigdzie trójkątów nawigacyjnych. Później znajdą się w nieprawdopodobnych miejscach. Na pokładzie w czasie naciągania lin bezana i prostowania salingu grota wychodzą na jaw dalsze uszkodzenia: światła pozycyjne stłuczone, piorunochron na grocie i flagsztok na bezanie pogięte, zniszczony wskaźnik prędkości wiatru, z kokpitu znikły rączki wind falowych. Maszty jednak są ponownie usztywnione — można spróbować postawić żagle i ruszyć z tego zakazanego miejsca. Kliwer i trajsel pomagają „Polonezowi" wyjść z dryfu i pożeglować na wschód.

Polonez

W największym skrócie - 13. X. 1972 r. pokonuje Przylądek dobrej Nadziei i w Kapsztadzie ma dwutygodniową przerwę. Czas ten poświęcił prawie w całości na wzmocnienie jachtu i osprzętu oraz wykonanie wielu niezbędnych napraw. Następny etap prowadzi do Hobart. To „tylko” 6543 mile. I na tym etapie było kilka dni takich, z których każdy mógł być ostatnim. Wreszcie 23 grudnia „Polonez” wchodzi do przystani klubowej w Hobart na zasłużony odpoczynek i remont. Okres świąteczny, więc zabrało mu to 20 dni i rusza wreszcie w dalszą drogę. To jego szczęście, bo niedługo dowiaduje się, że do okrążenia Hornu szykują się inne dwa polskie jachty, a on chce być koniecznie pierwszy. Po 45 dniach żeglugi z Hobart osiąga wreszcie upragniony trawers Hornu. Jest 23 luty 1973 r. Teraz będzie już tylko coraz cieplej i zbliża się moment zamknięcia wielkiego kręgu. Staje się to 11 kwietnia o godzinie 2300 kiedy kapitan K. Baranowski wpisuje w dzienniku pokładowym:

DOOKOŁA Świata! Pozycja 7º20’ S i 24º55’ W.

W tym miejscu był już 11 września 1972 r., ale teraz wiedział i znał cenę jaką przyszło mu zapłacić.

Uroczyście był powitany w Plymouth 25 maja, natomiast oficjalnie zakończył rejs 24 czerwca na nabrzeżu przy Wałach Chrobrego. W ciągu 292 dni opłynął świat, przebył 31678 mil, został 14 samotnikiem na Hornie, dziewiątym samotnikiem, który okrążył świat. Dokonał największego wyczynu w całej historii naszego żeglarstwa.
Tagi: Krzysztof Baranowski, rejs okołoziemski
TYP: a3
0 0
Komentarze