TYP: a1

Chorwacja to takie większe Mazury. No, prawie.

wtorek, 24 października 2017
Anna Ciężadło

Czy Chorwacja to rzeczywiście „większe Mazury”, na które możemy beztrosko śmignąć, gdy już znudzą nam się te mniejsze - albo gdy przemokniemy, zziębniemy i kolejny raz stwierdzimy, że klimat jest ewidentnie przeciwko nam, i że tym razem to my chcemy słońce?

Jak się okazuje, odpowiedź na to pytanie wcale nie jest oczywista. Faktem jest, iż wielu mazurskich wodniaków, pragnąc po raz pierwszy zakosztować prawdziwej, morskiej przygody, płynie właśnie do Chorwacji. Na ile jest to dobry pomysł - i na ile mazurskie doświadczenie przydaje się na coś w warunkach, bądź co bądź, morskich - to już osobna kwestia.

 

Podobieństwa

Zacznijmy od dobrych wiadomości; Chorwacja to kraj przyjazny, cywilizowany, a przy tym obdarzony licznymi wysepkami - więc istnieje całkiem sporo opcji takiego ustalenia planu rejsu, by:

  1. ciągle widzieć jakiś ląd;
  2. zawsze nocować w porcie, czytaj: normalnie się wyspać, zamiast spędzać czas na pilnowaniu kotwicy;
  3. w razie jakiejś awarii, mieć wokół siebie innych ludzi, którzy mogą uratować nam łódkę, a nawet tyłki.

Co więcej, w sezonie wakacyjnym, o ile nie dopadnie nas burza, możemy liczyć w Chorwacji na typowo mazurskie sztormy - czyli, mówiąc prościej, należy nastawić się na przemieszczanie się głownie na dieslu.

Jeśli do tego dodamy fakt, że od 2013 roku, posiadając jedynie patent żeglarza i umiejętność obsługi radia, wolno nam pływać po morzu (co prawda tylko po morskich wodach wewnętrznych, a po zewnętrznych nie dalej, jak 2 mile od brzegu - ale na chorwacki rejs to w zupełności wystarczy), można śmiało założyć, że Chorwacja to takie fajniejsze WJM. A przynajmniej obdarzone lepszą pogodą i cieplejszą wodą. Taki wniosek byłby jednak odrobinę zbyt śmiały.

 

I niespodzianki

Chorwacja wydaje się (i chyba naprawdę jest) krajem bardzo przyjaznym: język jest z grubsza zrozumiały, ludzie przyjaźni, a pogoda przewidywalna… no właśnie. Warto pamiętać, że Chorwacja, podobnie, jak Polska, ma swoje pogodowe „smaczki”. U nas taką lokalną atrakcją może być wiatr halny, który co prawda rzadko dosięga Mazur, ale w innych częściach kraju generuje rozmaite szkody, z wyraźnym wzrostem liczby samobójstw włącznie. Chorwacja także posiada swoje unikatowe wiatry: bora oraz jugo - i przed zaplanowaniem rejsu, warto cokolwiek o nich wiedzieć.

Bora pojawia się niespodzianie, przy pięknej pogodzie, a w porywach może osiągać nawet 9B. Czyli sporo - zwłaszcza dla kogoś, kogo doświadczenia kończą się na Śniardwach. Bora zawsze wieje znad lądu, przypomina nasz wiatr halny i lubi robić niespodzianki - dlatego nie zawsze zostanie odpowiednio wcześnie uwzględniony w prognozach pogody. Taki mały „suprise”.

Juro, zwany też sirocco, jest bardziej przewidywalny; zazwyczaj pojawia się od maja do października, wzmaga się powoli, a chociaż na początku pozwala fajnie pożeglować (wreszcie!), w efekcie daje mocno w kość, dochodząc do 10B i generując nawet czterometrowe  fale. Czyli, czego by nie mówić, warunki zdecydowanie nie-mazurskie.

 

I jeszcze więcej niespodzianek

Poza najsławniejszymi chorwackimi wiatrami, na tamtejszych wodach występuje jeszcze szereg innych atrakcji, jak choćby zwykłe burze. Co więcej, ponieważ lokalne prognozy dosyć często ostrzegają przed ich wystąpieniem, łatwo jest przejść do porządku dziennego nad faktem, że burza teoretycznie może nas dopaść - i w efekcie naprawdę paść jej ofiarą.

O ile na WJM w takich warunkach włączy się system ostrzegania (albo i nie - na przykład w tym roku włączył się dopiero wtedy, kiedy gigantyczny, czarny jak smoła cumulonimbus był już bezpośrednio na naszymi głowami), o tyle na morzu sami musimy pilnować prognoz, słuchać radia i pilnie się rozglądać na boki. W odróżnieniu od warunków mazurskich, w Chorwacji raczej nie schowamy się w szczypiorek - a zamiast niego w zatoczkach wystąpią twarde skały, co w połączeniu z wysoką falą, może doprowadzić do powstania niezwykle ciekawych anegdot o tym, jak to straciliśmy łódkę.

 

Co, ja nie dam rady?!

Jak powszechnie wiadomo, istnieją starzy żeglarze i odważni żeglarze - ale nie ma starych, odważnych żeglarzy. Czyżby dlatego, że zbyt ochoczo wybrali się Sasanką 550 na rejs do Chorwacji?

Jesteśmy jak najbardziej dalecy od formułowania jednoznacznych opinii, zwłaszcza tych dotyczących Waszych umiejętności - bo sami znacie je najlepiej. Faktem jest jednak, że jeśli rozważacie pierwszy rejs morski, a dotąd pływaliście tylko po śródlądziu, z pewnością przydadzą się wam następujące umiejętności:

  1. Opanowanie obsługi dużych jednostek. Rozmiar, a przede wszystkim masa, naprawdę ma znaczenie; jeśli więc planujecie w najbliższym czasie popłynąć pierwszy raz na morze, spróbujcie najpierw opanować na śródlądziu jakąś dorosłą łódkę.
  2. Opanowanie jednostek z kołem sterowym i silnikiem stacjonarnym (co poniekąd wiąże się w punktem 1. Ogarnięcie obu tych elementów to najwyżej kilka godzin - ale mogą to być nerwowe godziny, wiec warto mieć jakąś praktykę.
  3. Uzyskanie odpowiednich uprawnień, w szczególności tych dotyczących obsługi radia. Co prawda, armator nie zawsze je sprawdza, ale jeśli dojdzie do jakiegoś niemiłego zdarzenia, ktoś (może nawet prokurator?) z pewnością o to zapyta.
  4. Przed wypłynięciem, warto też bardzo dokładnie przemyśleć trasę. A potem zaplanować trasę alternatywną. A potem jeszcze alternatywną dla alternatywnej. Koniecznie trzeba też przestudiować mapy, opanować locje i wpisać w telefon numery do portów i marin, które mamy zamiar odwiedzić (niekiedy lepiej jest zarezerwować miejsce z wyprzedzeniem, o czym boleśnie przekonaliśmy się na własnej skórze; i to pod koniec września, czyli jak nam się zdawało - „po sezonie”).

 

Rozwiązanie pośrednie

Zanim podejmiemy ostateczną decyzję, że płyniemy, wartą rozważenia opcją jest rozwiązanie pośrednie pomiędzy rejsem, a… nie-rejsem.

Innymi słowy, można zamieszkać na jakimś campingu, których w Chorwacji jest sporo, na miejscu wypożyczyć łódkę otwartopokładową i co dzień lub dwa śmigać sobie na okoliczne wysepki - czyli uprawiać, jak to się mówi, island hopping.

Takie rozwiązanie pozwoli poznać na własnej skórze lokalne smaczki (przybijanie do skalistego brzegu to jednak nie to samo, co mazurskie szuwary), a jednocześnie uwolni nas od typowo morskich zagwozdek, typu nabieżniki, locje, a nawet prozaiczna (albo i nie) kwestia obsługi morskiego WC.

 

 

 

 

 

Tagi: Chorwacja, Mazury, rejs
TYP: a3
0 0
Komentarze