TYP: a1

Seszele 2022 - relacja z rejsu

środa, 16 lutego 2022
Jerzy Cygler

 

07/01/2022, piątek

Rejs seszelski to substytut włóczęgi po Pacyfiku. Miała być Nowa Kaledonia i Vanuatu, Covid przebukował nam rejs na Ocean Indyjski. Cały poprzedni dzień został strawiony na walkę z biurokracją seszelską. Żeby tam wlecieć należy mieć paszport, kartę pokładową, paszport covidowy, oraz świeży test na obecność Covida. Negatywny oczywiście. Test PCR, nie antygenowy, wykonany najpóźniej 72 godz. przed wylotem. Ola ma wynik dodatni, pozostanie w Belgii. Reszta ma negatywy. Ale to nie rozwiązuje problemów. Seszele chcą wynik w języku angielskim, może też być w narzeczu francuskim. Testy mamy w języku polskim i angielskim. Te nasze nie przechodzą weryfikacji. Piotrek dopiero jutro będzie miał kartę pokładową, walczy sam. Jacek z Grażyną też odprawiają się sami. Resztę załatwia Jurek. Trwa to praktycznie cały poprzedni dzień. Na nic, każą przetłumaczyć wynik przez tłumacza przysięgłego. Święto Trzech Króli, Jurek załatwia tłumaczenie. Po raz kolejny wysyłamy dokumenty na Seszele. Po raz kolejny chcą te same dokumenty, np. karty pokładowe wysyłane są cztery razy. Po tamtej stronie co jakiś czas zmieniają się panienki. Każda jest sympatyczna, grzeczna. I za każdym razem prosi o ponowne wysłanie kilkakrotnie już wysłanych formularzy. A czas leci. Piotr w nocy ma już załatwione pozytywnie. Marek też. Jacek z Grażyną również. Jurek dostaje pozytyw w środku nocy. Reszta wisi. Rano, od 5-ej, w dalszym ciągu trwa komunikacja z Seszelami. Z Giżycka wyjeżdżają Tadzik, Marek i Jurek. Ok. 9-ej rano przychodzą pozytywne decyzje dla pozostałych. Można odetchnąć z ulgą i nieco wdepnąć gaz, ale nie za mocno. Nowe, lepsze oczywiście taryfikatory mandatowe, już weszły w życie. Na lotnisku jesteśmy  z zapasem w komplecie. Tuż przed odprawą Tadzik odkrywa, iż jego paszport jakimś cudem nadal śpi snem spokojnym na szafce w Giżycku. Drobny problemik. Marek załatwia transfer dokumentu do W-wy, dzieciary Tadzika załatwiają resztę. Doleci jutro, z nowym testem oczywiście. Reszta pakuje się do samolotu, lecimy do Kataru. 

08/01/2022, sobota

Przesiadka w Doha. Nowoczesne spore lotnisko. Ale z wypiciem piwa problem. W zasadzie problemu nie ma bo piwa nie ma. Saloniki Lounge też zapchane, zapraszają jutro rano. O kant dupy z ich propozycjami, rano będziemy na półkuli południowej. Tak też się i dzieje. O 8-ej lądujemy na Mahe. Na lotnisku wymiana pieniędzy, kupujemy też kartę do netu. Potem zamówiony transfer do portu promowego. Chwilę czekamy na zakupione wcześniej bilety. Chwila trwa dobre pół godziny. Taki klimat. Potem prom ( o aktualnie dobrze kojarzącej się nazwie „Pegasus” ) dowozi nas w ciągu godziny na Praslin.  Niektórzy z pasażerów mają chorobę morską. Jeden z nich „załatwia potrzebę fizjologiczną wymiotując torsjami”. To cytat z pewnego ormowca z czasów słusznie minionych. Wtedy w ten sposób oskarżał grupę naszych znajomych którym zwrócił uwagę na ich zachowanie w barze w Kruklankach. Był tak samo pijany jak oni. Koledzy nie mieli litości, a zwłoki ormowca dostarczyli na lokalny posterunek milicji. Po chwili dyskusji roznieśli również w pył całą milicję. Finał to było kolegium, gdzie użyto w/w zwrotu. Na Praslin trochę czekamy na nasz jacht. Jesteśmy nieco przed czasem. Ciepło, bardzo ciepło. Pomimo pochmurnego nieba. Robimy jakieś zapasy, część kąpie się w morzu. Dojeżdża Piotr. Po szybkich formalnościach odbieramy jacht i późnym popołudniem opuszczamy marinę. Płyniemy na kotwicowisko nieopodal Rounde Island. Tutaj można popluskać się w wodzie, połapać ryby. Ryb, co prawda niewielkich, ale już w wymiarze gastronomicznym, nie brakuje. Mamy rybę na śniadanie. Pojawiają się delfiny. Są spore, wolno opływają naszą konstrukcję. Jak robi się ciemno, pierwszy atak rekina. Walczy ostro, po kwadransie puszcza przynętę. Potem drugie branie. Bardzo silne. Dwóch wędkarzy nie daje rady. Trzeba odciąć linkę, zanim ten drań całą wyciągnie. Tak też robimy. Z rekinami wynik   0 : 2. Idziemy spać. Jutro musimy odebrać Tadzika z Praslin. Przy okazji zgłosimy pewne niedociągnięcia które mamy na łódce. Nie można odpalić generatora, w związku  z tym odsalarka pełni tylko funkcję reprezentacyjną. Poza tym nie działają niektóre z wskaźników. Jutro wszystko ma być OK. Jedna wędka pozostaje z przynętą na rekina.

fot. Jerzy Cygler

 

09/01/2022, niedziela

W nocy bardzo silne branie na wędkę, nie ma szans na wyciągnięcie bestii. Kolejną porażkę łagodzi piękne ugwieżdżone niebo z Krzyżem Południa na  obrzeżach Drogi Mlecznej. Rano kąpiel, jemy smażone ryby. Przed 12-ą podnosimy kotwicę i wracamy na Praslin. Tutaj robimy drobne zakupy, dojeżdża Tadzik. Facet z obsługi odkręca osłonę generatora, dotyka przycisk „Start” i maszyna działa. My  to robiliśmy bez efektu z 10 razy…  Ma chyba też, tak jak skipper, „ręce które leczą”. Na wszelki wypadek nie montujemy osłony, może tylko w tych warunkach maszyna będzie działać. Niedługo po południu ponownie opuszczamy Praslin. Płyniemy na żaglach na Cocos Island. Taka jest zresztą na każdym archipelagu w tropikach, a tutaj tropik… Jest troszeczkę słońca, ale niewiele. Niemniej wystarczy, aby się dobrze przypalić. Docieramy do naszej wysepki, kotwica. Na uroczą plażę dostajemy się pontonem. Przy lądowaniu emocji dostarcza przybój, ale w końcu nie jesteśmy tutaj dla przyjemności. Wysepka kameralna, piękna mała plaża, bajkowe skały. Latają nietoperze i różowe rybitwy. Po powrocie chwytamy 2 ryby nietoperze – te pływające, nie latające ( ryby popularnie w załodze zwane okrągłymi ). Starczy na sutą kolację dla całej załogi. Opłacamy postój, potem wędka na rekiny. Te nie każą na siebie długo czekać. Kilka brań kończy się naszą kompletną porażką. Stalowe, nierdzewne przypony 1 mm są zrywane. Trudno, jak one takie, mamy coś extra. Solidny hak rzeźnicki, drut z nierdzewki z podwójnymi zaciskami, wszystko przywiązane liną do jachtu. Kilka szarpnięć i bydlę nie zrywa, a przegryza stalówkę. Po takim zdarzeniu realnym jest fakt, iż w nocnych połowach nie mamy tutaj żadnych szans. Wieczór w komplecie w dobrych nastrojach spędzamy w kokpicie. Szlak trafia gitarę Piotra, ginie jakiś drobny, ale istotny element. Przy okazji okazuje się, iż Marek wykupił bilet na lot powrotny na niedzielę, a nie na sobotę. Trudno, Seszele to ładny kraj, warto zostać tutaj trochę dłużej. 

10/01/2022, poniedziałek

W planach mamy zawinąć na La Digue. Rano chwytamy jeszcze trzy nietoperze, te pływające oczywiście. Przestaje działać prysznic rufowy. Kończy też wachtę pompa wody zaburtowej. W zasadzie pompa chyba jest OK, bo słychać jak pracuje, ale wody nie podaje. Odsalarka działa prawidłowo. Nie jest najgorzej. Wieje bardzo słabo, ale w dupę. Stawiamy w końcu foka, z grotem jest większy problem. Żeby go postawić trzeba przypiąć róg fałowy do fału, nieźle ciągnąc cały żagiel do góry. Sporo roboty. Pogoda coraz gorsza, zaczyna lać, i to nieźle. Wg. prognoz ma być tak kilka dni. Zmieniamy plany, popłyniemy na Couriese, ale już na motorze. Jesteśmy po południu w zatoce Baie de La Raie. Sporo jednostek na kotwicy. Stajemy w jednym rzędzie z nimi. Przestaje padać. Chcemy jeszcze połazić po wyspie, pierwsza partia ląduje na wyspie. Pierwsze co słyszymy, to fakt, że na ryjkach maseczek nie mamy. W dżungli bardzo niezbędne. Rezygnujemy z wyprawy, jutro to zrobimy. Idziemy do wody. Tam fajne rafy, mnóstwo ryb, w tym manty, ogończe, żółwie, ośmiornica, murena i mały rekinek. Lekko parzą osy morskie. Poza tym zastanawiamy się, czy jutro nie zakotwiczyć na południu wyspy i z tego miejsca nie eskplorować interioru. Ceny za zwiedzanie wysepki są wysokie, to 300 rupii per capita ( 100 PLN ) – choć płaci się istotnie mniej niż np. na Aride ( 650 / os. ) którą też mamy w planach. Plus opłata za kotwicę. W raju tanio  nie jest. Decyzja jutro. Na razie Luda chwyta job’a – najsmaczniejsza ryba na tym akwenie. Do tego ładna. Chwilę potem pojawia się ekipa z wyspy, rekwirują wędką Tadzikowi – jego była najbardziej widoczna. Co prawda rezerwat, ale żeby tak od razu konfiskować dorobek życia wędkarza… Teraz trzeba będzie te morskie potwory dyskretniej wyciągać. Luda łapie jeszcze jedną rybkę, przestrzegając bacznie zasad BHP. Ta odzyskuje wolność. Ryba, nie Luda. 

11/01/2022, wtorek

Wita nas piękna słoneczna pogoda, będzie upał. Rano nurki na rafie, mnóstwo ryb. Tadzik ma uszkodzoną płetwę, naprawa sznurkiem na brzegu ratuje sytuację. Nie ma jednak sił wrócić na jacht. Asia ściąga gostka pontonem na jacht. Pojawiają się strażnicy z wyspy. O zwrocie wędki nie ma co marzyć, każą negocjować przez DYC. Dyskutujemy ceny za wizytę na wyspie. W końcu opłacamy kotwicę plus eksplorację wyspy. I udajemy się na nią. Witają nas spore żółwie, można też odwiedzić żółwie przedszkole i żłobek. Trasa spacerowa przepiękna. Można nasycić się niesamowitymi widokami skał i dżungli, otrzeć się o mangrowce. Docieramy na południowy brzeg wyspy z przepiękną plażą Anse San Jose. Kąpiel, oglądnie rajskich widoków, sesja fotograficzna. Powrót tym samym szlakiem. Po południu sjesta, fantastyczny lunch w wykonaniu Marka. Kąpiele w morzu, podziwianie rajskich widoków. Ładny zachód słońca z krótką wstawką przelotnego deszczu. Jacek usiłuje przenieść miejsce wykonania naszych testów z Mahe na Praslin. Ale to syzyfowa praca. Biurokracja straszna, efekt jak na razie żaden. Na telefon też nie odpowiadają. Kończy się net, jutro spróbujemy ponownie. Na kolację na odmianę ryba, też w wykonaniu Marka. Sporo jej jeszcze jest w lodówce. Jutro w planach La Digue. Jak wyjdzie, zobaczymy. 

12/01/2022, środa

Pogoda przyjemna, trochę słońca, trochę chmurek. Gorąco, tradycyjnie nie wieje. Na motorze dopływamy na La Digue. Zastanawiamy się czy w małym porciku będzie jakieś miejsce. 4 jachty na redzie na kotwicy. Wchodzimy do portu, mamy opcję żeby stanąć przy stacji paliw, zresztą chyba nieczynnej. Kotwica z dziobu, liny z rufy wiąże aborygen. Odmawia napiwku, standardowo proponuje wynajem rowerów. Ma z tego prowizję, to mu wystarczy. Po naszej prawej burcie dobija jeszcze jeden cat i dwie motorówki, po chwili przesuwają się do przodu, bo trą o kamienie. Po lewej dwa jachty pod banderą ukraińską, na pokładzie Estończycy. Pojawiają się rowery. Aśka smaży nietoperze peklowane uprzednio w cebuli, część jedzie po zakupy. Marketów nie brakuje, ale wybór w nich skromny. Kupujemy większość tego co potrzebujemy z wyjątkiem zapałek. Potem kierujemy się całą ekipą w kierunku Anse Source d’Argent. Po drodze zahaczmy o śmietnik z plastikami. Jest tego sporo. Na plażę wejście płatne, żądają też maseczek na twarzy. Aśka i Piotrek wracają po maseczki. Potem zdobywamy plażę. Jacek twierdzi, iż taka sama jest w Dębkach, może z wyjątkiem granitów – jeszcze nie dowieźli. Nikt nie wie jakie zioła na tej plaży dębkowej podają, ale kręcić muszą nieźle. Pogoda ulega poprawie. Pojawia się słońce. Idziemy prawie na sam koniec ciągu plaż, na południowo – zachodnim brzegu wyspy. Plaża topowa, widoki kosmiczne, woda płytka, ciepła, co jakiś czas kładziemy się w wodzie celem ochłody. Leniuchujemy do 5-ej po południu. Potem powrót. Po drodze zbieramy lub zrywamy kokosy, limonki i owoce drzewa chlebowego. Są też banany, ale niedojrzałe. Prawie wszystko zabierają nam przy bramce wejściowej na plaże. Tylko Ludmiła daje ostro po pedałach i ucieka z zapasem limonek na łódkę. Wieczorem kolacja, obficie zakrapiana rumem. Niektórym lekko wysiada błędnik, z konsekwencjami, ale nie śmiertelnymi. Jutro w planach plaża Grand I’Anse.

13/01/2022, czwartek

Od 5-ej rano silnie leje. Wstajemy niespiesznie. Musimy poczekać na lepszą pogodę. Śniadanie to jajecznica i salami z indyka, ser. Co jakiś czas pada, wszyscy liczymy na zmianę pogody na lepszą. Prognozy nie są najlepsze, ale od jutra ma wiać, więc planujemy dłuższy przelot na żaglach. Celem będzie Denis lub Bird. Denis jest wyspą prywatną, wejście tylko przy opcji wykupienia miejsca w hotelu. Na Bird z kolei jakieś papużki teraz się pi…..ą, więc też nie ma wejścia. Ale będziemy chcieli po prostu popływać. Przed 11-ą wyłączają deszcz. Nie mamy dwóch rowerów, wypożyczalnia je zabrała. Po interwencji Piotra rowery w komplecie. Trochę chmurek, ale też pokazuje się słońce. Rower Ludmiły się psuje. Niedaleko od startu na szczęście. Piotr wraca do wypożyczalni, przyjeżdża z facetem. Ten wali kamieniem w przerzutki, ale ta forma naprawy nie daje efektu. Oddala się, po 10 min. przywozi nowy sprzęt. Kiedy dojeżdżamy na Grand Anse znów zaczyna padać. Ale krótko. W tym czasie można coś wypić w barze plażowym. Potem plaża właściwa. W zasadzie cały ciąg plaż otoczonych pięknymi granitami i roślinnością. Jest sporo słońca, fajny przybój. Kotłuje amatorów kąpieli. Kilkoro dzieci próbuje jeździć na deskach, wychodzi im to różnie. Kto chce może spokojnie pławić się w wodzie poza pasem przybrzeżnym. Nie przeszkadza kolejny przelotny opad. Na plaży jesteśmy do 17-ej. Potem ostro pod górkę, następnie z góry, do naszego porciku. Po drodze drobne zakupy, wieczór w kokpicie. Porcik zatłoczony, obok nas dwa jachty pod banderą ukraińską. Najczęstszym językiem który słychać na wyspie jest rosyjski. Choć naszych też można spotkać. Jutro ma powiać, pożeglujemy. 

14/01/2022, piątek 

W nocy zaczęło wiać, niestety nie z tego kierunku jaki nam pasuje. Dosyć silny boczny wiatr spycha kilka jachtów na naszą konstrukcję. Znosi nas pomimo naciągniętych jak postronki cum rufowych na kamienne obrzeże portu. Zaczynamy walić rufą prawego pływaka o kamienie nabrzeża. Próba podebrania się na kotwicy nic nie daje. Napór sąsiednich jednostek jest zbyt silny. Na szczęście idzie przypływ, co daje jakąś nadzieję. Musimy wyjść z tej patowej sytuacji. Ideałem byłaby silna motorówka która pociągnęła by nasz dziób pod wiatr, w lewo na skos. Nie mamy takiej, biuro portu otwiera się o 10-ej, a jest 5-a rano. Druga opcja – nasz sąsiad z lewej musiałby wypłynąć. On nie ma zamiaru. Nieco luzujemy lewą cumę rufową jeszcze się udaje, silnik pracuje, ale nie możemy podebrać się na kotwicy. Kamienie ocierają się nadal o nasz prawy kadłub. Zaczepiamy grubą cumę nabiegowo o knagę dziobową sąsiada z lewej burty poprzez knagę na naszym śródokręciu, odcinamy cumy rufowe ( nie można ich odknagować, zaciągnięte na amen ), jednocześnie podciągamy kotwicę i udaje nam się wyjść z tej mało sympatycznej sytuacji. Piotr pontonem zabiera nasze cumy z brzegu. Nieco krótsze, ale są na pokładzie. Wychodzimy z La Digue. Kierujemy się na motorze pod brzeg Praslin, żeby tam postawić żagle. Przy stawianiu grota okazuje się iż fał jest zaczepiony o mocowanie prawej stenwanty niedaleko topu masztu. Nie mamy siodełka bosmańskiego. Na kotwicowisku nieopodal stoją dwa jachty, w tym jeden prywatny. Facet na pewno taki sprzęt ma zabezpieczony. Pożycza nam, ale wycieczka na top masztu nie będzie potrzebna, udaje się odczepić fał „po dobroci”. Pogoda piękna, słońce z za chmurek, wieje 15 kn. Kierujemy się na Denis, mamy bajdewind. Jeśli warunki będą sprzyjające staniemy tam na kotwicy i posnurkujemy. Trzy wędki wystawione na trolling. Pierwsze branie na wędkę skippera. Walka z rybą ciężka, ciągniemy ją w trzy osoby. Na pokładzie ląduje 1,5 metrowy rekin czarny. Co z nim zrobić ? Zeżreć ? Smaczny nie jest, poza tym to sporo mięsa, wszystkiego nie zjemy. Idzie za burtę, przeżyje. Potem branie na wędkę Tadzika, walka krótka, wszystko zostaje zerwane. Podobnie z wędką Ludmiły, ryba wyciąga cały zapas linki i zrywa się. Na wędkę Jurka bierze sympatyczna solandra, błędnie nazwana początkowo sailfishem. Ląduje na pokładzie. Ma jakieś 130 cm i kilkanaście kg. Niedaleko Denis pojawiają się tuńczyki, trzy lądują w łajbie, choć brań jest więcej, ale sprzęt znów nie wytrzymuje. Pod prawym pływakiem naszego cata pojawia się cień wielkiej ryby. Rekin wielorybi, długością dorównuje niemal naszej jednostce. Prawdziwy pacyfista wśród rekinów. Skipper zauważył brak koła ratunkowego, po przeliczeniu załogi wychodzi, że brakuje tylko koła. Trudno. Nadciąga ulewa. Na lewym trawersie wyspa. Zwijamy żagle, idziemy pod wiatr na wyspę. Deszcz bardzo intensywny, wiatr też. Osiąga 30 kn. Potem to już nie wiadomo ile wieje, bo knotomierz poszedł się bzykać. Nie mamy siły wiatru ani jego kierunku na wskaźnikach. To ostatnie zresztą nie jest problemem. Nie widać nic, nawet naszego plotera. Jeśli już widać, to i tak niewiele. Nie pokazuje pozycji, sam zmienia skalę mapy, żyje po prostu własnym życiem. Deszczówka mu nie służy. Nadal nic nie widać z jednym wyjątkiem: oddala się jeden z naszych materaców z górnego pokładu. Nie ma jak po niego wrócić. Jakiekolwiek kotwiczenie w tych warunkach nie ma najmniejszego sensu. Wracamy na południe. Obieramy kurs 1700. Deszcz znika, wiatr też. Teraz ma siłę 4 kn. Próba postawienia foka spełza na niczym. Łopocze jak majtki na suszarce do bielizny. Grot też nic nie daje, powrót na motorze. Na przekąskę przed kolacją solandra na surowo z dodatkiem maggi i limonki – robi furorę. W nocy dopływamy do naszej zatoki na Curieuse – Baie de La Raie. Przed dojściem znów siada ploter. Widać oświetlone topy masztów, rzucamy kotwicę. Rano wstaniemy nieco wcześniej, po diabła płacić za kotwicowisko. 

 15/01/2022, sobota

Rano przemieszamy się na motorze do zatoki przy Round Island. Tam śniadanie, kąpiel w morzu, potem wypływamy na południe. Celem jest mała wysepka Ile Moyenne. Piotrek zajarzył iż nie zabrał drugiej cumy przy ucieczce z La Digue. Tam się kierujemy. Wchodzimy po porciku, jacht lawiruje w środku basenu, Piotrek z Asią pontonem lecą na brzeg. Piotr odnajduje naszą cumę, Asia zgłasza w kapitanacie nasze koło, może ktoś je znajdzie. Wychodzimy w morze. Wieje ok. 10-12 kn., można postawić żagle, co też robimy. Fok z obszarpanymi likami dolnym i wolnym sprawia okropne wrażenie. Grot z dziurami też nie lepszy. Ale płyniemy. Pogoda coraz ładniejsza, żegluga przyjemna. W pobliżu Mahe pojawiają się brania na nasze wędki. Wyciągamy na pokład 3 tuńczyki, wystarczy. Stajemy na kotwicy koło St. Anne Island, po drugiej stronie kanału oddzielającego wyspę od Ile Moyenne. Obok nas kotwiczy sporo jachtów. Jest nieco późno, zwiedzimy ją następnego dnia rano. Niedaleko brzegu ładna rafa, jest sporo żywych korali, dużo ryb. Zachodzące słońce, piękny klimat. W nocy pojawia się motorówka policyjna na sygnałach. Pływają od łajby do łajby, spisują dokumenty skipperów. Są sympatyczni, życzą przyjemnego pobytu na Seszelach. Jeśli na którymś jachcie jest ciemno, odpuszczają. Bardzo gorąca noc.

16/01/2022, niedziela

Wstajemy wcześnie, płyniemy na Ile Moyenne. Wyspa otwarta od dziesiątej, ale pozwalają nam na jej zwiedzanie. Pojawia się jeden z dwóch psów jej ostatniego właściciela – Grishman’a. Facet zmarł w 2012 roku, rok wcześniej skipper miał przyjemność poznać ekscentrycznego faceta. Był właścicielem wyspy, żył na niej ze swoim przyjacielem oraz z psami. W okresie szczytowym było ich ponad 70. I ponad 40 żółwi. Nadal są ponumerowane. Jest tam pochowany, obok swojego ojca i dwóch piratów. Groby piratów były pierwsze, są w stylu arabskim, pozostałe  niczym się w związku  z tym nie różnią. Cena za zwiedzanie ta sama jak 10 lat temu – 10 Euro/os. My przywozimy rupie, które tutaj są w pogardzie. Piotrek ma jakąś kasę w Euro, wystarcza. Wysepka klimatyczna, trasa wycieczkowa wspaniała, opisana roślinność. Wszędzie z nami idzie nasz znajomy kłapouch. Jest kilka małych, uroczych plaż, wszystko skąpane w tropikalnej zieleni. Trzeba jednak wracać. Szczególnie iż jest odpływ. Ponton trzeba ciągnąć po płytkiej wodzie ze 100 metrów. Potem slalom pomiędzy głowami koralowców. W dwóch partiach meldujemy się na pokładzie. Płyniemy na Mahe do mariny na Eden Island. Próbujemy nawiązać z nimi kontakt przez radio – bez efektu. Telefon do szefa DYC, facet twierdzi, iż możemy stanąć przy ich keji bez problemu. Tak też robimy. Tyle że po chwili okazuje się iż jest to miejsce prywatne, choć właściciel gdzieś popłynął. Zwraca nam na to uwagę skipper z sąsiedniego jachtu, oraz bosman z portu. Możemy stać, ale jak owner się pojawi, mamy zmykać. Uzupełniamy zapasy, napełniamy wodą puste butelki. Po 12-ej odjazd. Wiatr słaby, ale za to w mordę. Płyniemy na motorze, opływamy Mahe od północno-zachodniej strony. Lądujemy nieopodal Therese Island. Klimatyczna wysepka z piękną plażą, rafy koralowe z mnóstwem ryb. Testujemy kotwicę w kilku miejscach, w końcu pozostajemy przy południowym brzegu plaży. Jest prąd, niezbyt silny, ale kąpiel w zasadzie tylko w płetwach. Za rufą  lina z zaczepionym na końcu odbijaczem. Wieczór w kokpicie, niestety niebo znów zaczyna pokrywać się chmurami, nie zobaczymy Krzyża Południa. W kokpicie dyskusja o wielkości kobiecej łechtaczki. To sygnał, że trzeba iść spać.

17/01/2022, poniedziałek

Poranek pogodny, będzie ładna pogoda. Do południa jesteśmy na kotwicowisku, potem w planach Silhouette, jeśli warunki pozwolą na bezpieczną kotwicę. Po śniadaniu większość płynie pontonem na plażę. Jest dzika, jesteśmy na niej sami. Dżungla gęsta, pełno kokosów na ziemi i na palmach. Resztki starego baru. Wielka butla po whisky, pusta niestety. Nie dbają tutaj o turystów. Kilka osób pozostaje na jachcie. Dramatyczne próby złapania ryb spełzają na niczym. Owszem, jest ich bardzo dużo, ale do każdej przynęty stratują bezkonkurencyjnie mała pasiaste stworki, nie dają szans na zeżarcie przynęty tym większym. Za jachtem odbywa się tarło gromady niebieskich rybek. Jest ich mnóstwo, woda się przy nich gotuje. Nasza kotwica trzyma dzielnie. Zaryta w piasku, ale łańcuch na wszelki wypadek otacza kilka głów koralowych. Na szczęście nie klinuje się między nimi. Po 12-ej opuszczamy Teresę, wieje niewiele, ok. 10-12 kn., ale dokładnie w pysk. Biednemu wiatr zawsze w oczy. Do szkoły też było pod górkę, przynajmniej dla skippera. Trochę chmur, sporo słońca. Na Silhouette nie staniemy. Są tam dwa kotwicowiska, ze wschodniej i zachodniej strony wyspy. Oba narażone w tej sytuacji na wiatr, bardziej te wschodnie, przez które można by się dostać na ląd. Wracamy na Chanel Ste Anne, na kotwicowisko na którym już byliśmy. Jutro zwiedzimy wyspę Anny, jeśli będzie taka opcja. Jest tam hotel, być może prowadzony przez pierwszych mieszkańców Ile Moyenne. Tutaj się przenieśli wiele lat temu. Na wyspie jest park narodowy, w locji pisze, iż ilość zwiedzających jest limitowana. Ale do końca nie wiemy co to może oznaczać dla nas. Jutro się okaże. Po drodze Tadzik łapie jednego tuńczyka. Z większych rybek na dzisiaj to wszystko. Po południu kotwica przy wschodnim brzegu Ste Anne. Ładna pogoda się kończy, pojawiają się przelotne deszcze. Krótkie, ale intensywne i częste. Ryby brać nie chcą. Trudno, mamy jeszcze dwa nietoperze plus jedną sporą rybę nieznanej prowiniencji, będą z tego kotlety. Z tuńczyka tatar. Jak zwykle styknie. Dzień w sumie bardzo upalny, wszyscy wcześnie kładziemy się spać.

18/01/2022, wtorek

W nocy kilka razy padało. Istotna niedogodność, bo trzeba zamykać okna. Przestaje padać – otwieramy. I tak po kilka razy. Próby skontaktowania się z wyspą Anny kończą się niepowodzeniem. Jest tam ClubMed, oraz, co nas interesuje – park narodowy. Przypływają strażnicy po kasę za postój. Ostatni raz tutaj ich nie było. W ramach postoju pozwalają nam na zwiedzanie okolicznych plaż, co kompletnie nas nie interesuje. Robimy rozpoznanie bojem, pierwsza ekipa jedzie pontonem na brzeg. Krótko tam zabawiają. Wyspę można zwiedzić, ale pod warunkiem że pobyt zarejestruje się poprzedniego dnia w necie. Dzisiaj, pomimo iż nikogo oprócz nas tam nie ma, nie wolno. Zabieramy dupę w troki i w drogę. Wieje ok. 16 – 18 kn., bajdewindem wracamy na północ. Celem jest zatoka po zachodniej stronie Grande Soeur. Wiatr bardzo pozytywny, pomimo tragicznych żagli posuwamy się do przodu z prędkością 6 – 7 kn. Jak na tą balię całkiem nieźle. Dryf niezbyt duży, pogoda fajna, humory też. Na pokładzie pojawia się pierwszy tuńczyk. Potem silne branie ale ryba się zrywa. Niedługo potem łapiemy jeszcze trzy sztuki, w tym jeden dublet: wędka z dwoma przynętami – dwie ryby jednocześnie. Rano problemem był brak chleba, ale mamy do diabła ryżu, sporo makaronu. Głodować chyba nie będziemy. Przy La Digue wiatr nieco zmienia kierunek, my też. W założeniu przepłynąć mieliśmy pomiędzy Praslin a La Digue, teraz bierzemy ją od wschodu. Zaczyna nam majaczyć dobrze znana plaża: Grand l’Anse, za nią Petite Anse. Tutaj zakotwiczymy, Grand Soeur zaliczymy jutro. Stoi tutaj kilka jednostek oraz spory jacht motorowy. Bandera gdzieś z Karaibów, załoga zawodowa, permanentnie czyszczą pokład. Państwo w tym czasie zażywa kąpieli na plaży. Obok nas jacht z Ukrainy. Lekko nawaleni. Przy sprawdzaniu jak leży kotwica widać sporo rybek wielkości jak najbardziej gastronomicznej. W ruch idą wędki, na pokładzie lądują kolejne kolorowe rybosomy. Mamy trochę mało soli, Aśka pozyskuje preparat z sąsiedniej jednostki. Kąpiel, przyjemny zachód słońca, oraz kompletnie nawaleni już Ukraińcy dopełniają klimatu. Zupa rybna ze świeżo złapanych ryb, część z nich usmażona, tatar z tuńczyka gotowy. No i trzy obrane tuny w lodówce. Wschodzi księżyc, jest pełnia. Trochę chmur, w głębi oceanu pobłyskują pioruny. Zrobiło się znacznie chłodniej niż zwykle, jest czym oddychać. Jutro do południa popas w Petite Anse, potem przemieścimy się 7 mil na północ na Grande Soeur. Następna, ostatnia wyspa która na nas czeka, to Aride. Mamy być na niej w czwartek. Ale z tymi planami to różnie nam wychodzi, teraz spokojny wieczór w kokpicie i zalegamy w kojach.  

19/01/2022, środa

W nocy Tadzik budzi skippera. Ponton się ulotnił. Nie wiadomo czy jakimś cudem sam zniknął, czy też ktoś w tym mu pomógł. Nie było dużego rozfalowania ani silnego wiatru. Rufa na tym jachcie sprawia same problemy: a to wali o kamienie w porcie, to koło ratunkowe z niej ginie, teraz gdzieś pożeglował ponton. Strach tam nawet posiedzieć. Poranek w nieco minorowych nastrojach. Zgłaszamy fakt armatorowi, ci proponują inną dinghy, ale w sumie nam nie jest tak bardzo potrzebna. Po przypłynięciu będziemy też musieli zgłosić ten fakt na policji. Pogoda taka sobie, pochmurno, od południa walą pioruny. Nad Mahe silna burza. Łapiemy jeszcze kilka rybek i w południe wynosimy się z Grand Anse. Prognozy pogody zmieniają się co 3 godziny, przynajmniej w zakresie kierunku wiatru. Płyniemy na północ w stronę Grande Soeur pod wiatr, na motorze. Przy wietrze z tego kierunku oba kotwicowiska na tej wyspie nie będą jednak atrakcyjne, zmieniamy kurs na kanał pomiędzy Praslin a Curieuse. Stawiamy żagle, są w naprawdę fatalnym stanie. Fok z jeszcze bardziej postrzępionym likiem wolnym i dolnym, grot z coraz większymi dziurami. Czarna rozpacz, wstyd na czymś takim żeglować. Poza tym jak dmuchnie, to w moment znikną tak jak koło ratunkowe czy ponton. Na Curieuse lub Praslin jest kilka miejsc gdzie będziemy mogli zakotwiczyć w każdych warunkach. Kiedy dopływamy w okolice południowego brzegu Felicite, wiatr znów się odkręca, teraz wieje z NE. W tych warunkach postój na kotwicowisku przy zachodnim brzegu Grand Soeur staje się całkiem atrakcyjny. Tak też robimy. Miejsce bardzo ładne, oczywiście z plażą. Wejście na wyspę ( z wyjątkiem plaży ) płatne, ale możemy tam dotrzeć tylko wpław. Piotrek to robi. Wędkarze zarzucają wędki. Początkowo cisza, ale potem w jachcie pojawia się jedna ryba za drugą. Jest kilka nietoperzy, lisa oraz inne pospólstwo. Nad dnem widać rekina. Niektórzy płyną na rafę, jest w zdecydowanej większości martwa. Ale pełno w niej ryb, jest też mały rekinek, żółw. Popołudnie to czyszczenie ryb i ich przetwarzanie. Potem jemy steki z tuńczyka w znakomitym wykonaniu Marka, z jego części jest też tatar na jutro. Z tuńczyka, nie z Marka. Lisa, jeden nietoperz i coś tam jeszcze idą na patelnię, reszta na jutro. Pojawia się trochę słońca, skały na wyspie nabierają nieco rumieńców. Zachód słońca w asyście postrzępionych chmur na każdym robi wrażenie. Sesja fotograficzna i filmowa w pełni. Prognoza pogody na jutro już inna, wiać będzie nie półwiatr ( jak zapowiadali 3 godziny temu ), a wmordewind. Może do rana znów się coś zmieni. Z plusów to odwołali deszcz z soboty i przenieśli na niedzielę. Się okaże. Wieczór w kokpicie spokojny, stonowany. Piotr na gitarze, potem muzyka klasyczna. Tylko gwiazd za żadną cholerę nie widać. Chyba zobaczymy je po powrocie do kraju. Ale tam z Krzyżem Południa kłopot chyba będzie…      

20/01/2022, czwartek 

Jak zapowiadają dobry kierunek wiatru i słońce, to się nie sprawdza, jak zły – zawsze się potwierdza. Tak i tym razem. Wiatr słaby, ale w pyszczek. Kilka minut po 6-ej wypływamy na Aride. Trochę chmur, trochę słońca. Podróż spokojna, Tadzik traci tylko kolejną przynętę. Ale mamy spory zapas ryb z dnia wczorajszego. Kotwica na południowym obrębie wyspy, obok nas tylko jeden jacht. Przez telefon meldujemy chęć zwiedzenia wyspy. Odpowiadają, iż dosłownie za kilka minut przypłynie po nas ponton. Kilka minut na południe od równika to odpowiednik naszych 30 – 40 minut. Mamy sympatycznego przewodnika, trasa typowa. Pytamy czy tutaj kradną pontony. Twierdzi, iż kradzieże są powszechne. Dużo ptaków, trochę robactwa, w tym latającego – moskity niektórym z nas umilają życie. Po drodze część załogi się wykrusza, na szczyt dociera kilka osób. Panorama pięknego morza z szybującymi pod nami fregatami jak zwykle robi wrażenie. Potem powrót na jacht. Tutaj kąpiółka w oceanie i na żaglach kierujemy się w kierunku kanału pomiędzy Curieuse a Praslin. Tam ma być postój, wieczorem marina. Jeszcze na 100 % nie mamy potwierdzonych testów PCR na Covid przed nadchodzącym lotem. Trwa to już dwa tygodnie. Tzn. testy są potwierdzone i opłacone, ale nie wiemy gdzie je nam zrobią. Po rzuceniu kotwicy od północy Curieuse postanawiamy zostać tutaj na noc. Będzie znacznie przyjemniej niż w marinie. Jemy, kąpiemy się do zachodu słońca i znów jemy, tym razem nietoperze z grilla. Późnym wieczorem mamy potwierdzenie, iż wymaz zrobią nam w marinie, nie wiemy tylko o której godzinie. Trzeba  być tam przed ósmą i czekać. Na dnie jest kilka ogończy, próba ich schwytania spełza na niczym. Owszem, biorą ale się nie zacinają. Jedno branie bardzo silne, ale ( rekin ) zrywa stalowy przypon. O północy ostatni idą spać.     

21/01/2022, piątek

O 6-ej podnosimy kotwicę, do mariny mamy 7 mil. Jest słońce, będzie upał. Ostanie spojrzenia na piękne wysepki z pokładu jachtu. Cudowna zieleń, rzeźbione granity, trzeba to jeszcze chwytać, zapamiętać. W kraju będzie już zupełnie inaczej. Przed 8-ą cumujemy w marinie. Ok. 9-ej przyjeżdża pielęgniarka, pobiera testy. Zgłaszamy w biurze DYC swoje przybycie, chęć zdania jachtu w dniu dzisiejszym, mają pojawić się ok. 15 - 16-ej. Do tego czasu trzeba się będzie też lekko ogarnąć. Aśka idzie zgłosić na policję ponton, trochę to zapewne potrwa. Z naszej wycieczki do prehistorycznej Vallee de Mai nic nie wyjdzie, zabraknie czasu. To nic, pokąpiemy się na lokalnej plaży. Roger Potin nie wystąpi na naszym pokładzie, jest w szpitalu. Zamawiamy nietoperze na dzisiejszy wieczór, dla odmiany te latające. Uzupełniamy też niezbędne zapasy, czyli rum, paprykę, chleb i coś do picia. Na komisariacie policjant sam stwierdza fakt iż zniknięcie pontonu to kradzież. Podaje informację, że jak złodzieja złapią to go aresztują. Na nas ten fakt nie robi specjalnego wrażenia, ponieważ za ponton i tak my zapłacimy. Jest drobny problem z zakupem biletów na prom na Mahe. W zasadzie problemu nie ma, bo biletów w necie już nie ma. Marina jest tuż obok przystani promowej, Jacek załatwia na miejscu bilety na pierwszy poranny prom na 8-ą. Wolny czas spędzamy też kąpiąc się na pobliskiej malutkiej, ale bardzo uroczej plaży. Jeden z pracowników DYC rozpoznaje Asię jako Tę Asię. Chwała mu za to. Po południu zdajemy jacht. Zgłaszamy usterki: postrzępione żagle, zbyt duża szekla którą nijak nie można połączyć wąsów z łańcuchem kotwicznym, defekt pompy podającej wodę morską, uszkodzony wiatromierz, rozwalony stoper rolera foka. Oczywiście ponton. O kole ratunkowym i materacu nie wspominamy. Co do koła, jest przecież sterowe, jedno na jacht wystarczy – na sztukę. Nie ma nurka, nikt nie sprawdza dna. Może i dobrze w naszej sytuacji. Z kaucji ściągają 3500 Euro za ponton z silnikiem. To i tak delikatnie, myśleliśmy, że będzie gorzej. Wieczorem docierają na pokład zamówione nietoperze ( latające ) z surówką. Upieczone z zieloną curry są naprawdę wyśmienite. Jest tego sporo, nikt w zasadzie nie chce już kąsać tego, co kambuz jeszcze dogotował. Nastrój podkreśla Takamaka. Wyniki testów mogą być już w okolicach północy, ale ich nie ma. Lulu.      

22/01/2022, sobota

Przed 6-ą Jacek budzi ekipę. Są wyniki testów. Do tego wybitnie niekorzystne, a nawet h….e. Luda i Jacek są ujemni ( chyba jeszcze ), pozostali dodatni. No i z całym planem ewakuacji pizda. W nie najlepszych nastrojach wsiadamy na prom. Na keji słychać też jak pracownicy mariny mówią że nie tylko my jesteśmy zakażeni. Marna pociecha. Docieramy na Mahe, taryfą na lotnisko. Kontaktujemy się  z ich służbami sanitarnymi, podają nam 700 lokalizacji na wyspach do odbycia 7-o dniowej izolacji. Dzwonimy po kolei, wszędzie brak miejsc, a jak na którejś jest, to po info iż mamy Covida nie mamy co tam szukać. Prosimy też o pomoc pracowników lokalnych biur turystycznych i innych, dostępnych na lotnisku. W końcu mamy hotel. W opcji z pełnym wyżywieniem dla 7 osób to kwota 500 Euro dziennie. Hotel zlokalizowany na północy Mahe, jedziemy busem. Luda i Jacek odlatują do kraju. Hotel bez szaleństw. Ale jest klima, WiFi, czysta pościel i czyste łazienki. Do tego właściciel hotelu jest w posiadaniu kutra rybackiego, więc dania rybne świetnie przyrządzone poprawiają nastroje. Olbrzymi problem jest z przebukowaniem naszego lotu. Wielogodzinne rozmowy telefoniczne nic nie dają. Dopiero wieczorem, znów po godzinnej konferencji, mamy zaklepany nowy lot, z wyjątkiem Piotra. On leci liniami tureckimi, też walczy, choć na razie bez efektu. Kontaktuje się z nami ichnie ministerstwo zdrowia, pytają czy jesteśmy w komplecie w hotelu, czy mamy objawy. Grażyna chce zgłaszać każdą chrypkę czy katar który kogoś tam trafił, ale wygrywa opcja zdrowo rozsądkowa. Nie mieliśmy objawów i basta. Po skończeniu 7-o dniowej izolacji  ( załoga nie lubi słowa kwarantanna ) dostaniemy papier o jej zakończeniu, test dla nikogo nie jest potrzebny. Dla nas jednak może być, bez niego mogą nie wpuścić do samolotu. Wieczorem pyszna kolacja, pęka ostatnia rezerwa rumu zabranego z jachtu.

Kilka słów podsumowania:

  1. Jacht. Helia 44 to następca Orany 44. Tamta pływała, ta nie pływa. Oraną robiliśmy do 10 – 11 kn, tą ledwie 7. Projektant który robił Helię miał do dyspozycji tylko ekierkę. Dużo ostrych krawędzi na jachcie nie jest dobrym pomysłem. Jacht przestronny, rozplanowany dobrze. Idzie dosyć ostro do wiatru, dryf niewielki. Można by zmienić sposób mocowania grota do fału, za każdym razem trzeba go odpinać lub przypinać nieźle gimnastykując się z żaglem. Trochę zbyt małe płetwy sterowe, jacht reaguje nieco ociężale. Przydałoby się więcej paneli słonecznych, a jest miejsce gdzie można by je zamontować, np. nad dźwigarami pontonu. Zużycie prądu spore, trzy lodówki swoje robią. Generator sprawny, odsalarka też wydolna. To istotne w okolicy, gdzie praktycznie są dwie mariny na cały akwen. 

  2. Akwen. Jak ktoś był, wie wszystko. Do żeglowania turystycznego zarezerwowany jest tylko akwen na północy archipelagu, z wyłączeniem dwóch najbardziej wysuniętych na północ wysp: Denis i Bird. Nie wolno pływać w nocy. Na południe wolno się wybrać tylko z ich skipperem. W realu wygląda to trochę inaczej. My pływaliśmy w nocy, pożeglowaliśmy na Denis. Dopóki  nic się nie dzieje, armator ani Seszele nie robią niepotrzebnej awantury. Odległości pomiędzy wyspami niewielkie. Wieje zwykle słabo z NW lub w ogóle nie wieje. Tylko w okresie naszego lata i jesieni, wiatr jest silniejszy, dmucha z południa. Morze płytkie, sporo raf. Są metrowe pływy, prądy, w niektórych miejscach dosyć silne. Sporo kotwicowisk ( płatnych ), moornigów brak. Marina w Praslin zarezerwowana tylko dla jachtów DYC. Można zatankować paliwo. Druga, na Mahe, znacznie większa. Jest też stacja paliw obok portu promowego. Na niektóre wyspy wstęp jest wolny, na większość płatny, czasem potrzebna wcześniejsza rezerwacja. Są też wyspy z zakazem wstępu: rezerwaty lub prywatne. Warto łowić ryby, jest ich tutaj pod dostatkiem. Trzeba mieć tylko naprawdę solidny sprzęt. La Digue to oczywiście najsłynniejsza plaża świata Anse Source d’Argent. Konieczne rowery, wtedy można jeszcze zahaczyć o Grand l’Anse po drugiej stronie wyspy.   Na Mahe warto zobaczyć Park Narodowy ( górska wycieczka w dżungli dla zaprawionych ), oraz odwiedzić lokalne plaże, jest ich tutaj sporo. My dotarliśmy do Anse Major, trasa prowadzi wzdłuż pięknego wybrzeża, trochę w dżungli, ale każdy da radę. Pozostałe wyspy również warte zwiedzenia, każda ma swój urok i jest w zasadzie niepowtarzalna.

  3. Załoga. Zgrana, sympatyczna, nie było żadnych problemów. Z wyjątkiem jednej osoby wszyscy pływali po morzu, a Pani I oficer to nawet aż za bardzo. Marek doskonale gotował, Piotr grał na gitarze nawet bez strun.   

  4. Linie lotnicze Qatar Airways. Generalnie nie polecamy. Nie są drogie, samoloty nowe, jedzenie bardzo dobre, obsługa na pokładzie też. Ale obsługa naziemna prawdziwy dramat. Jeśli nic się nie dzieje, wszystko jest OK. Jeśli jest problem to trzeba przygotować się na wielogodzinne rozmowy telefoniczne, które najczęściej niewiele dają. Procedury awaryjne w ich wykonaniu praktycznie nie istnieją. Przez ich stronę w necie nie można w zasadzie poza bookingiem nic załatwić. Na maile nie odpowiadają. Takie „Menel line”. 

  5. Czarter jachtu dokonany jak zwykle przez firmę  Charter Navigator, w przeciwieństwie do w/w – niezwodna. Dream Yacht Charter – jacht nie był przygotowany w sposób zadawalający, nie pomogli też w żaden sposób kiedy mieliśmy kłopot z dodatnim testem na Covid. Ale w odwodzie są inne firmy czarterowe, po 10 latach korzystania z ich usług warto chyba zmienić dostawcę usług.  

Załogę stanowili: Asia ( I oficer ), Jacek, Alek ( II oficer ), Luda, Piotrek ( III oficer ), Grażyna, Marek  ( IV oficer ) i Tadzik. Skipper i autor – Jurek Cygler.  

        

23/01/2022, niedziela

Powinniśmy być już w samolocie z Doha do W-wy, ale jesteśmy w hotelu Casadani na północno – zachodniej części Mahe. Smaczne śniadanie, na początek świeże owoce jako przystawka. Po zeżarciu potraw porannych idziemy na plażę. Jest jakieś 500 m od naszego hotelu. Spory przybój, woda ciepła, na plaży są dwie małe rzeki w których pływają rybki akwariowe ale większe też się zdarzają. Oprócz nas na plaży jedna para białych i dwie czarne, poza tym pusto. W końcu izolacja, lub jak kto woli – kwarantanna, to poważna sprawa. Po kilku godzinach wracamy do hotelu, zahaczając o sklep gdzie dokonujemy niezbędnych zakupów. Po obiedzie połazimy brzegiem morza w drugą stronę, jest tam niewielki port. W planach na następne dni jest ogród botaniczny, park narodowy, wędkowanie i plażowanie. Taki rodzaj dramatycznego odosobnienia odpowiada wszystkim. Wieczorem, przy kolacji, nastroje już całkiem dobre. Hotel bez fajerwerków, ale niedaleko od morza, trzy obfite i bardzo smaczne posiłki dziennie, dużo ryb w menu – przeżyjemy.

Codziennie, w ramach izolacji, wybieraliśmy się w różne strony Mahe. Zaliczyliśmy 2 piesze trasy: Park Narodowy i północno - zachodnie obrzeże wyspy, z przepiękną, kameralną Anse Major. Odwiedziliśmy autobusem  Grand Anse na południowo – wschodniej części wyspy. Zaliczyliśmy też, oprócz lokalnej plaży na Beau Vallon, Sunset Beach. Karmili znacznie lepiej niż w szpitalu, ale izolacja to przecież bardzo poważna sprawa. Śniadanie rozpoczynał talerz z owocami, potem jajka w postaci jajecznicy lub omleta, bułki z rodzynkami, parówki. Obiad: co najmniej 2 gatunki ryb plus przystawki. Kolacja: 3 do 4 różnie podanych ryb plus padlina ( kurczak lub wieprzowina ) dla tych którym łuska już porosła. Mamy już wszyscy zabukowany lot powrotny ( po dłuższych perturbacjach, lekko też nie było ). Dostaliśmy też elektroniczny papier zwalniający nas z izolacji. Nasi w kraju zapewne tymczasem rozsiewają seszelską zarazę. A my w niedzielę obudzimy się w zimnej Kaczylandii.     

 
Tagi: Seszele, rejs, relacja
TYP: a3
0 0
Komentarze
TYP: a2

Kalendarium: 29 June

Wystartował ze Świnoujścia s/y "Asterias" pod dowództwem Kapitana Aleksandra Lipińskiego w rejs dookoła świata na trasie Świnoujście, Bermudy, Kanał Panamski, Tahiti, Australia, Mauritius, Kapsztad, Świnoujście.
wtorek, 29 czerwca 1976
W kolejnych regatach Bermudy-Europa z metą w hiszpańskim porcie Bayona wziął udział "Dar Szczecina" z Kapitanem Jerzym Kraszewskim.
czwartek, 29 czerwca 1972
Z Helu wyruszył s/y "Freya" z Kpt. Dariuszem Boguckim; żeglarze dotarli do portu Godthab na Grenlandii i powrócili do kraju 19 września.
niedziela, 29 czerwca 1969
Wyruszył w pierwszy rejs 300-tonowy flagowy statek szkolny ZHP "Zawisza Czarny" pod Kapitanem Mariuszem Zaruskim; trasa wiodła z Gdyni do Kopenhagi, Londynu, Antwerpii, Amsterdamu i z powrotem do Gdyni.
sobota, 29 czerwca 1935
W Greenock wodowany został herbaciany kliper "Ariel", m.in. uczestnik regat kliprów w 1866 r., w których startowały trzy najsłynniejsze klipry "Teaping", "Ariel", "Serica"; trasę z Fu-czou do Londynu pokonały w 99 dni; zwyciężył "Teaping" z przewagą 12 mi
czwartek, 29 czerwca 1865