TYP: a1

Świst trapowy

środa, 21 marca 2018
Anna Ciężadło

Żyjemy w czasach, gdy fanfary, werble, brawa, czy owacje na stojąco lekko spowszedniały. Nic zresztą dziwnego, skoro można je dostać prawie za wszystko; wystarczy na przykład zrobić z siebie głupka na oczach telewidzów. Natomiast zupełnie inaczej sprawa wygląda ze świstem trapowym - być może dlatego, że ocalał on głównie w Marynarce Wojennej oraz na jednostkach kultywujących stare, żeglarskie tradycje.

Aby usłyszeć taki świst w odniesieniu do własnej osoby, należy… no, nie wyprzedzajmy faktów. Uchylmy jedynie rąbka tajemnicy, że każdy z nas może się go doczekać - niestety, jedynie w sytuacji, w której świstowi akompaniować będą… chóry anielskie. Sorry.

 

Stara, świecka tradycja

Świst trapowy od zawsze stanowił formę oficjalnego przywitania bądź pożegnania. Rzecz jasna, nie używa się go wobec „byle kogo”, czyli wobec zwykłych marynarzy, a jedynie w przypadku witania lub żegnania znamienitych gości, których należy w odpowiedni sposób uhonorować.

Na okrętach wojennych świst trapowy mógł również towarzyszyć procedurze podnoszenia oraz opuszczania bandery. Co prawda, w tym momencie powinien właściwie zabrzmieć dźwięk trąbki, ale jak to na wojnie bywa, zdarzało się, że banderą trzeba było manewrować, a na etacie trębacza panował akurat vacat.

Zawsze jednak świst trapowy pozostaje w ścisłym związku z oficjalnymi uroczystościami oraz osobistościami wysokimi rangą. OK., prawie zawsze: świst może rozbrzmieć również dla szeregowego marynarza, ale tylko w jednym przypadku - stosowany bywa bowiem podczas ceremonii morskich pogrzebów, dokładnie w momencie, gdy zwłoki wyrzucane są przez burtę, a marynarz odchodzi na wieczną wachtę.

 

Procedury

Skoro świst trapowy pełni tak istotne funkcje, nie mogło obejść się bez szczegółowych ustaleń co do długości jego trwania oraz osób, które mają zaszczyt go wydawać.

Podczas ceremonii powitania świst rozpoczyna się dokładnie w momencie, gdy oficer wchodzi na trap, a kończy w chwili postawienia przez niego stopy na pokładzie. Celem zachowania tu jak największej precyzji, świst taki oddawany jest przez marynarza pełniącego akurat wachtę trapową i mającego dokładny ogląd na to, w którym etapie podróży po trapie znajduje się oficer.

Co więcej, marynarz pełniący rzeczoną wachtę musi wykazać się nie tylko bystrym wzrokiem oraz refleksem, ale też dokładną znajomością rangi odwiedzających pokład gości. Jeśli bowiem po trapie będzie szło kilku oficerów, świst należy się jedynie najważniejszemu z nich.

Podczas oddawania świstu marynarze na okręcie przyjmują tzw. postawę zasadniczą, zaś oficerowie salutują. Co ciekawe, w większości krajów (w tym w Polsce) panuje zasada, że świst oddaje honory zarówno oficerom, jak i osobom pełniącym funkcje urzędnicze, a także gościom zagranicznym - niezależnie od ich płci. Mało chlubny wyjątek stanowi tu brytyjska Royal Navy, gdzie świst należy się jedynie oficerom marynarki - i co na to królowa?

 

Wespół w zespół

Ciekawostką jest, że kiedy na pokład wchodzą szczególnie znamienite osoby, konieczne jest zastosowanie większej liczby świstów. Zwyczaj ten wynika po pierwsze stąd, że pojedynczy świst brzmi dość smętnie, a po drugie z faktu, że ważne osobistości mają zwyczaj przemieszczać się bez pośpiechu - a płuca marynarza wachtowego posiadają pewną skończoną pojemność.

Skutkiem tego, w przypadku bardzo oficjalnych wizyt, podczas przejścia przez trap rozbrzmiewa cała świstająca symfonia, trwająca dopóty, dopóki witana w ten sposób persona nie znajdzie się w końcu na pokładzie.

I tak, dla dowódcy okrętu przewidzianych jest czterech trapowych (i cztery gwizdki), dla dowódcy Marynarki Wojennej, premiera lub szefa MON - sześciu trapowych (i tyleż gwizdków), zaś dla głowy państwa - aż ośmiu.

 

Sprzęt

Świst trapowy, chociaż spełnia niezwykle doniosłe role, oddawany jest z użyciem przyrządu posiadającego mało spektakularny wygląd; i w dodatku nazywanego świstawką. Jest to właściwie rodzaj gwizdka o kształcie zbliżonym do fajki, jednak tym, co wyróżnia świstawkę spośród innych gwizdków jest fakt, że nie posiada ona w środku kuleczki.

Dzięki temu głos, jaki wydaje to urządzenie, bardziej przypomina gwizdanie człowieka niż dźwięk, do jakiego przywykliśmy np. podczas meczów piłkarskich. A ponieważ taki dźwięk jest znacznie lepiej słyszalny poprzez huk fal i wiatru, niż wrzaski bosmana, świstawka służy również do wydawania komend (i właśnie dlatego na pokładzie nie wolno gwizdać).

Współczesne świstawki najczęściej wykonane są z mosiądzu, jednak dawnymi czasy mosiężną lub brązową świstawkę „do codziennego użytku” posiadał jedynie bosman. Natomiast ta, która służyła do oddawania honorów, wykonana była ze szczerego (OK., nie tak całkiem, bo byłoby za miękkie) złota.

 

Skąd się to wzięło?

Zwyczaj wydawania świstów pochodzi jeszcze z czasów, gdy po morzach śmigały wielkie żaglowce, mające wysokie burty i… mało poręczne, sznurkowo-drewniane drabinki (sztormtrapy), umożliwiające dostanie się na pokład z poziomu łodzi.

Pokonanie takiej drabinki mogło być nie lada wyzwaniem dla kapitanów o dłuższym stażu - i słabszym zdrowiu. A poza tym, kapitan wspinający się niczym małpka, tracił co nieco na godności i powadze. Dlatego też, gdy kapitanowie czy wysocy rangą oficerowie zostali zaproszeni na pokład np. celem odbycia narady (albo zjedzenia obiadu), wciągano ich na specjalnych koszach lub fotelach. 

Kosz podwieszony był na bomie i umieszczony na bloczkach. Żeby marynarze równo pracowali przy linach i przypadkiem nie uronili do wody cennego ładunku, procedura odbywała się przy udziale gwizdka bosmańskiego, który nadawał odpowiednie tempo i umożliwiał równomierne wciąganie liny. Oraz zapewniał zachowanie należnego majestatu - bo mokry, podtopiony kapitan, wyglądałby mało poważnie.

 

 

 

Tagi: świst trapowy, bosman, słownik
TYP: a3
0 0
Komentarze
TYP: a2

Kalendarium: 11 August

Zmarł kapitan Henryk Kujawa, konstruktor i współtwórca m.in. jachtów J-140 i J-80 oraz zasłużony członek Jachtklubu Stoczni Gdańskiej
sobota, 11 sierpnia 2018
Na "Iskrze II" podniesiono banderę Polskiej Marynarki Wojennej
środa, 11 sierpnia 1982
W Sztokholmie zbudowano "Vasę", najpotężniejszy okręt Gustawa II Adolfa w tamtym czasie i w tym rejonie. Zaraz po zwodowaniu okręt zatonął; jest dzisiaj eksponowany w Muzeum Okrętu Vasa w Sztokholmie
piątek, 11 sierpnia 1628