TYP: a1

„Rognons de Veau à la Moutarde” czyli „Cynaderki cielęce w sosie musztardowym”

sobota, 19 marca 2011
MZ

Andrzej, zwany przez przyjaciół Andrew, właściciel pięknego piętnastometrowego szkunera, przysiadł na drewnianej belce, w cieniu rzucanym przez jacht. Upał był zaiste tropikalny, nic też dziwnego, że po kilkugodzinnej pracy myślał już tylko o tym by chwilę odpocząć i uciec przed palącymi promieniami słońca. To już trzeci sezon jak „Arcos” został wyslipowany i ustawiony na drewnianych kobyłkach w marinie Santa Margarita, w pobliżu Rosas, na hiszpańskim wybrzeżu Morza Śródziemnego. Początkowo wydawało się, że remont potrwa niezbyt długo, bowiem zająć się tym mieli fachowcy z portowych warsztatów. I rzeczywiście się zajęli, solidnie piaskując kadłub zagrożony osmozą. Tyle że nadszedł kryzys, Andrzej stracił znakomicie płatną pracę i zabrakło funduszy na następny etap remontu. Trzeba było zrzucić pychę z serca, zakasać rękawy i samemu zabrać się do roboty.

Teraz wreszcie zbliżała się ta chwila, kiedy wszystkie niezbędne naprawy zostaną ukończone. Jeszcze kilka ostatnich pociągnięć pędzla i cały kadłub jachtu będzie pokryty farbą antyporostową.

Sięgnął po butelkę z wodą mineralną, ustawioną przezornie w cieniu. Wypił spory łyk. Wspomniał najgorszy moment jaki przeżył podczas remontu. Wtedy też było upiornie gorąco, od czterech godzin nakładał na kadłub kolejną warstwę żywic, na chwilę siadł, podobnie jak teraz, aby odpocząć. Obolałe ramiona opuścił luźno, ale dłonie wciąż trzymał zaciśnięte. Po jakimś czasie, kiedy chciał rozprostować palce, zorientował się, że zrobić tego nie może. Wciąż tkwiące na dłoniach rękawice, przesiąknięte chemikaliami stężały na kamień. Sytuacja wyglądała beznadziejnie, jacht stał na placu w pewnym oddaleniu od mariny i warsztatów, teren był ogrodzony i aby go opuścić, trzeba było posłużyć się specjalną kartą uruchamiającą zamek elektroniczny. Poza tym był weekend i w pobliżu nie było nikogo z obsługi. Próby pozbycia się skamieniałych rękawic i uwolnienia dłoni spełzły na niczym, nie pomogły usiłowania rozbicia ich za pomocą kamienia, na nic podkładanie ich pod nogi i deptanie – rozpacz.

Niemniej jednak fakt, że był to weekend,  przyniósł ocalenie. Otóż w te dni wolne od pracy na placu pojawiał się przyjeżdżający z pobliskiej Francji żeglarz, który właśnie tutaj szykował swoją łódeczkę do podróży wokół kuli ziemskiej. Andrzej od dawna obserwował jego starania uczynienia z niewielkiego turystycznego jachtu jednostki mogącej pokonywać oceany. Francuz całymi dniami plótł z cienkiej linki siatki, którymi później obwieszał relingi – zapewne dla bezpieczeństwa. Z kawałków sklejki, listewek montował samoster, zawsze coś tam na swojej łódce klecił. Kontakt z nim był utrudniony, bowiem Francuz, jak to Francuz, mówił wyłącznie po francusku, a Andrzej przede wszystkim po polsku, trochę po angielsku i najlepiej po niemiecku. Kiedyś jednak udało im się dogadać – Andrzej spytał się go czym się zajmuje. Pytanie było zadane naprzód po niemiecku, potem po angielsku, a wreszcie za pomocą rąk, czyli „na migi”. Francuz jakimś cudem to zrozumiał i wysilając swoją znajomość języków rzekł - "I am a… Schreiber". "Ach! Jesteś pisarzem! – ucieszył się Andrzej – a co napisałeś, jaką książkę… book!" Francuz coś zaczął tłumaczyć, z czego można było wywnioskować, że książkę to on dopiero napisze. Teraz ten pisarz pomógł w uwolnieniu andrzejowych dłoni, nożycami do ciecia blachy rozkroił rękawice.

To był początek żywszych kontaktów. Koniec remontu „Arcosa” - Andrzej oczekiwał przyjazdu swoje długoletniego kumpla Piotra, którego zwykle otaczał wianuszek urodziwych i bardzo atrakcyjnych dziewcząt, wszyscy mieli się wybrać w rejs na Baleary. Gdy Francuz dowiedział się, że przyjaciel Andrzeja przybędzie do mariny i że w dodatku razem z nim pojawią się kobiety, oświadczył, że zaprasza na kolację, na swój jacht. Gdy wszyscy weszli na jacht francuza i wkroczyli do messy, poczuli mocny i aromatyczny zapach. - "Co tu tak smakowicie pachnie?" Pociągnął nosem Andrzej. "Francuz zrozumiał pytanie, ale jego odpowiedź, dla Andrzeja zabrzmiała i znaczyła mniej więcej tyle: „rotutn de vo a la mutute”.

"Tylko to a la, coś mi mówi" - rzekł Andrzej, ale dalej się nie dopytywał, jeno zaczął jeść owe „rotutn”. A były to, co później Andrzejowi wyjaśnił Piotr, znakomicie posługujący się francuszczyzną, „Rognons de Veau à la Moutarde” czyli „Cynaderki cielęce w sosie musztardowym”.

Cynaderki cielęce w sosie musztardowym

Danie to przygotowuje się tak: nerki cielęce kroimy na niezbyt duże kawałki, na patelni topimy masło, dodajemy trochę oleju i na bardzo rozgrzany tłuszcz wrzucamy nerki, smażymy kilka minut, do momentu aż się dobrze zrumienią. Teraz za pomocą łyżki cedzakowej wyjmujemy nerki z patelni i odkładamy do innego naczynia. Grzyby, a właściwie kapelusze grzybów, mogą być pieczarki, kroimy na ćwiartki, wrzucamy na tłuszcz pozostały na patelni. Czekamy aż się przyrumienią. Teraz zalewamy je odrobiną rosołu lub wywaru warzywnego (może być z kostki) i gotujemy przez ok. pięć minut. Gdy płyn się zredukuje wlewamy ok. ¾ szklanki gęstej śmietany, gotujemy jeszcze przez 2-3 minuty, aż sos zgęstnieje. Dodajemy musztardę – dwie łyżeczki – musztarda oczywiście Dijon – i do tego sosu wrzucamy nerki. Gotujemy jeszcze przez 2-3 minuty. Nerki w tym sosie muszą się ponownie zagrzać. Można podawać z ziemniakami, a całość dania dobrze posypać szczypiorkiem.

TYP: a3
0 0
Komentarze