TYP: a1

Wywiad z Marcinem Mortką

sobota, 1 czerwca 2013
MZ

Niedawno na półkach księgarskich pojawiła się książka Marcina Mortki pod tytułem „Listy lorda Bathursta”. Recenzja pojawiła się nie tak dawno na naszym portalu. Udało nam się przeprowadzić z autorem krótką rozmowę.


Tawerna Skipperów: Patrząc na Pańską twórczość, to dopiero od niedawna wkroczył Pan na teren literatury marynistycznej, przecież dwie wcześniejsze powieści wchodzące w skład „dylogii” Karaibska Krucjata, są jednak bardziej zbliżone do fantastyki niż do klasycznej realistycznej morskiej opowieści.

Marcin Mortka: Tak, to raczej komedia awanturnicza z elementami fantastyki niż prawdziwa marynistyka, coś na kształt „Karmazynowego pirata” z nieocenionym Burtem Lancasterem. Przemyciłem do niej sporo morskiego klimatu, ale uznałem, że lepiej postawić na akcję i humor niż na marynistykę. Nie czułem się podówczas na tyle kompetentny, by pisać książki dla prawdziwych wilków morskich.


T.S: Za niedościgły wzór uważa Pan Patricka O`Briana, czy podobne wrażenie wywarła na Panu twórczość innych klasyków marynistyki, na przykład cykl Hornblowerowski Forestera?


M. M: Lubię myśleć, iż przekładając powieści Patricka O’Briana jestem w stanie wniknąć w jego duszę. Poznaję rozmiary jego erudycji, warsztat językowy, talent gawędziarski, barwne opisy postaci, ogromne poczucie humoru… Ba, czasem mam wręcz wrażenie, że widzę, jak się uśmiechał do siebie nad maszyną do pisania. Z tych oto całkiem subiektywnych względów O’Brian był, jest i będzie dla mnie mistrzem i niedoścignionym wzorem.


Innych klasyków rzecz jasna nie poznałem aż tak dogłębnie. Znam oczywiście twórczość Forestera (za przykładem polskiego tłumacza tej serii przykładowo przyjąłem termin „midszypmen” w miejsce „podchorąży” bądź „kadet”), z wypiekami na twarzy czytałem tomy sagi o rodzinie Courteneyów Wilbura Smitha i na pewno nie byłbym tym, kim jestem, gdyby nie „Kapitan Blood” Rafaela Sabatiniego.


T.S: Z tego zestawienia tytułów i autorów jasno wynika, że bliższy jest Panu „model” nasyconej zwrotami akcji, pełnej tempa, awanturniczej powieści łotrzykowskiej. Jednak stara się Pan ulokować fabułę w konkretnej sytuacji historycznej. Ale, jak się zastanowić, to to tło historyczne, dla samej opowieści nie jest aż tak istotne. Według mnie u O`Briana jest jednak inaczej, historia, konkretne wydarzenia, to także ważny bohater jego cyklu.


M. M: Historię darzę czołobitnym szacunkiem, ale historykiem nie jestem i nigdy nim nie zostanę. Nie chcę więc podejmować wyzwań tak złożonych, jak czynił to O’Brian, gdyż ryzykowałbym porażkę. Mam niestety bardzo czasochłonny zawód – a właściwie zawody! - i na porządne badania historyczne nie starczyłoby mi czasu, tym bardziej, że pomysłów na książki mam jeszcze wiele. Wolę więc skupić się na snuciu gawędy, gdyż to bliższe memu sercu.


T.S: Czy należy się spodziewać, że po „Listach lorda Barthursta” otrzymamy kolejną, realistyczną morską powieść, czy też planuje Pan powrót, do nazwijmy to, „fantasy”?


M. M: Współpracuję z wieloma wydawnictwami o różnych profilach i jednocześnie snuję wiele planów. Od fantasy nie uwolnię się nigdy – to wiem na pewno! – ale bardzo bym chciał na wzór O’Briana stać się autorem serii historycznej. Postacie Doggsa, Tourville’a i Hacketta z „Listów lorda Bathursta” stały się bliskie memu sercu podobnie jak cała epoka i jeśli czytelnicy zareagują życzliwie, z ochotą przystąpię do pisania kontynuacji. Nie bez przyczyny pozostawiłem otwarte zakończenie „Listów”…


T.S: Nie tylko zakończenie, także początek. Kapitan Doggs to na razie przybysz znikąd, poznajemy go w chwili, gdy ma na nim zostać wykonany wyrok śmierci. Dlaczego, z jakiego powodu, co zrobił?


M. M: Odpowiedź na to pytanie znajduje się w opowiadaniu-pilocie pt: „Wieczór przed egzekucją”, które łatwo znaleźć w sieci.


T.S: A teraz pytanie poza literackie. Czytając ostatnią książkę, a także tłumaczone przez Pana tomy cyklu O`Briana, orientujemy się, że dobrze opanował Pan fachową terminologię, zasady żeglugi, manewrowania pod żaglami (to oczywiście była konieczność). Czy ta wiedza przełożyła się na praktykę lub czy z praktyki wynikała. Jednym słowem, czy uprawia Pan żeglarstwo?


M.M: Z żalem przyznaję, że nigdy się na to nie zdobyłem. Co jest dziwne, zważywszy na to, że od dziecka czytam książki o morzu, sklejam modele, a na plaży nie odrywam oczu od horyzontu. Ba, nawet pracę magisterską napisałem na temat marynistyczny, choć studiowałem neofilologię.


T.S: No cóż, kończąc tę rozmowę pozostaje nam tylko życzyć Panu dalszych literackich sukcesów i tego by znalazł Pan czas by wkroczyć w rzeczywisty, nie tylko literacki świat żagli.

TYP: a3
0 0
Komentarze