TYP: a1

Śledzie z rusztu a sprawa polska

sobota, 11 maja 2013
MZ

Był rok 1925. 16 maja w obecności posła Rzeczypospolitej na bezanie pierwszego polskiego jachtu postawiono biało-czerwoną banderę. Wreszcie udało się uzyskać pieniądze, zapłacić należne kwoty i w ten sposób jol o nazwie „Carmen” przeszedł w polskie ręce. 


Jacht opuścił przyjazny port Kopenhagi. Załogę stanowili dwaj młodzi ludzie, członkowie Akademickiego Związku Sportowego z Warszawy, dowodził Jan Fischer pomysłodawca całego przedsięwzięcia. To on spowodował, że nawiązało się coś na kształt spółki, która miała za cel zakup jachtu mogącego służyć wszystkim udziałowcom. Każdy miał prawo do samodzielnego dysponowania łodzią przez dwa tygodnie. Teraz tylko pozostawiało przeprowadzenie nabytku do polskiego portu.


„Carmen” spokojnie przecinała fale, a Jan Fischer wspominał chwile, kiedy po raz pierwszy zauroczyła go żegluga i morze. Urodzony i wychowany w Krakowie, co roku z rodzicami spędzał wakacje na wybrzeżu Adriatyku. Nic w tym dziwnego, zarówno jego rodzinne miasto jak i obecna Chorwacja wchodziły w skład Austro-Węgier pod panowaniem sędziwego Franciszka Józefa. To właśnie dzięki temu mógł na błękitnym Jadranie wyruszać na swoje pierwsze żeglarskie wyprawy.


Nadeszła wojna, a później odzyskanie niepodległości. Jedyne co przysłaniało mu radość, to to, iż tym samym straciliśmy dostęp do ciepłego Adriatyku. Ale w zamian można było wkroczyć na szare wody Bałtyku.


„Carmen” opuściła Sund, jeszcze tylko trochę czasu i mil pod kilem, a wpłynie na Bałtyk. Wiatr był niezwykle sprzyjający. Żeglując baksztagiem jacht napotkał mały niemiecki kuter powracający z połowu. Pozwoliło to na urozmaicenie posiłków serwowanych podczas żeglugi. Rybacy przekazali im kilka świeżo złowionych śledzi. Polska załoga z uśmiechem, ale i z satysfakcją wysłuchiwała komentarzy Niemców, zdumionych pojawieniem się biało-czerwonej bandery na turystycznym jachcie. Zaiste był to widok do tej pory nieznany. Przybili do brzegów Bornholmu i tu na lądzie postanowili przygotować posiłek. Tu przydało się adriatyckie doświadczenie Jana. Zaproponował aby podarowane śledzie przygotować tak jak to czynią z rybami mieszkańcy Istrii i Dalmacji, czyli na ruszcie ułożonym nad żarem. Wystarczyło kilka kamieni, parę metalowych prętów, trochę suchego drewna wyrzuconego przez morze, aby po chwili zaczął się unosić smakowity zapach. Pokrzepieni smacznym posiłkiem ruszyli biorąc kurs na Rozewie. Dziewiczy rejs pierwszego polskiego jachtu dumnie niosącego narodowe barwy zakończył się w Gdańsku.

 

Śledzie z rusztu

Cóż tu pisać, sprawione śledzie najlepiej upiec na ruszcie, nie trzeba smarować olejem czy oliwą, bowiem są dostatecznie tłuste z natury. Ruszt jest o tyle przydatny, że w ten sposób delikatna śledziowa skóra nie przywrze do metalu i nie pozostanie na patelni. Jeśli jednak będziemy używać na przykład grilla „płytowego”, to wtedy owemu przywarciu skóry możemy zapobiec delikatnie posypując śledzie odrobiną gruboziarnistej soli morskiej. Całą operację pieczenia najlepiej oczywiście przeprowadzić na zewnątrz – w plenerze, w ten sposób unikniemy wielogodzinnego wietrzenia mieszkania.
TYP: a3
0 0
Komentarze